Esej ten powstał, aby przyjrzeć się przemianom miasta z perspektywy doświadczania miejsca i przestrzeni, zgodnie z podejściem Yi-Fu Tuana. Poddane analizie bałuckie lokalizacje zostały wybrane jako obszary o szczególnym ładunku symbolicznym i społecznym, gdzie można prześledzić procesy przekształcania przestrzeni miejskiej, zanikania wspólnot oraz napięć między przestrzenią a miejscem.
Yi-Fu Tuan, urodzony w Chinach amerykański profesor geografii humanistycznej, absolwent szkół filipińskich i australijskich oraz uczelni oksfordzkiej, zasłynął wydaną w 1977 roku pracą Space and place: the Perspective of Experience, która stała się szczególnie popularna m.in. w środowisku socjologów jakościowych na całym świecie. Jej wydanie i późniejsza percepcja wpisały się w nowy nurt badań społecznych zwany socjologią rozumiejącą, która odeszła od ilościowych metod badawczych i zaproponowała nowe, jakościowe podejście do problematyki społecznej. Nowa socjologia zwracała większą uwagę na relacje zachodzące między zdarzeniami społecznymi a ludzkimi biografiami, niż na statystykę faktów. Rozróżnienie na miejsce i przestrzeń, pozwalało nie tylko poznać charakter tych terenów, ale również (co dla socjologów ważniejsze) lepiej zrozumieć specyfikę relacji ludzi z miejscem osiedlenia oraz społeczne konsekwencje tych związków.

Yi-Fu Tuan „Space and Place: The Perspective of Experience”, wyd. University of Minnesota Press, Minneapolis, Minnesota, 1979. Źródło: AbeBooks
Wszystkie książki się starzeją, chociaż każda na swój własny sposób. Niektóre rozpadają się w intelektualny pył i pozostawiają po sobie tylko niejasne wspomnienie niegdysiejszej mądrości, inne natomiast są kwestionowane przez otaczającą nas aktualną rzeczywistość. Klasyczna już analiza Przestrzeni i miejsca Yi-Fu Tuana, mimo upływu dziesiątek lat od powstania książki, wciąż jest pomocna w zrozumieniu problemów związanych z indywidualnym doświadczaniem środowiska miejskiego. To rezultat przenikliwości autora w formułowaniu naukowych tez i jego rzetelnego podejścia do argumentacji. Rozróżnienie dwóch rodzajów miejskich obszarów, którego dokonuje autor (na miejsce i przestrzeń), zwraca szczególną uwagę na rolę świadomego kształtowania elementów przestrzennych ludzkiego otoczenia oraz na wpływ miejskiego środowiska na zachowanie ludzi. Dokonany podział jest wciąż istotny, a łódzkie doświadczenia w przebudowie, burzeniu, odnawianiu i rewitalizacji tkanki miejskiej ciągle wymagają namysłu uwzględniającego relację: człowiek – miejsce zamieszkania.
Tkanka społeczna spleciona z relacji międzyludzkich jest bardzo wrażliwą materią. Łatwo ją spruć, ale zacerować – bardzo trudno.
Dla Yi-Fu Tuana miejsce to dom, który jest dla nas bezpiecznym schronieniem, a jego zamknięty obszar, ze znanymi regułami postępowania i uznanymi wartościami, stanowi źródło naszej pewności siebie; to statyczny świat znaczeń, w którym czujemy się jak u siebie mimo świadomości bycia obserwowanym i kontrolowanym; to miejsce naszej psychicznej intymności i przewidywalności zdarzeń. Natomiast przestrzeń daje poczucie wolności i zachęca do działania; dzięki swobodzie poruszania się i anonimowości sprawia wrażenie miejsca nieograniczonych możliwości; jest źródłem niepewności i może budzić lęk, ale otwartość przestrzeni jest przeciwwagą dla stabilnego schronienia w domu; przestrzeń to otwartość, ruch i ciekawość zdarzeń.
Tkanka społeczna spleciona z relacji międzyludzkich jest bardzo wrażliwą materią. Łatwo ją spruć, ale zacerować – bardzo trudno. Yi-Fu Tuan, który pięćdziesiąt lat temu obserwował, jak ludzie organizują miejsca swojego przebywania i jakie nadają im znaczenia, zadał kilka istotnych pytań, na których odpowiedź również dzisiaj, zarówno na Bałutach, jaki i w całej Łodzi, pozwala lepiej zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość:
Jakie są powiązania pomiędzy osobistymi relacjami a wartościami przestrzennymi?
Jakiego rodzaju intymne, bliskie miejsca można projektować, a jakich się nie da?
Jakie przedmioty zakotwiczają czas?
Jak określimy „bliską znajomość” w kontekście z miejscem?
Jak dużo czasu potrzeba do wytworzenia się trwałego przywiązania do miejsca?
Jak umacniamy wyrazistość wizualną zakorzenionych społeczności?
Czy przestrzeń i miejsce są odpowiednikami ludzkiej potrzeby przygody i bezpieczeństwa?
Miejsce jest zorganizowanym światem znaczeń. Nie ma lepszego miejsca niż dom.
Rynek Bałucki jest społecznym sercem dawnej łódzkiej dzielnicy Bałuty, byłego „rewiru żydowskiego”, wyznaczonego przez administrację do zamieszkania członkom tej grupy etnicznej, przybywającym do Łodzi w dziewiętnastym wieku. Po zniesieniu ograniczeń w osiedlaniu się Bałuty przekształciły się w bardzo gęsto zaludnioną i biedną część miasta. W latach 1940–1944 niemieckie władze okupacyjne, po włączeniu Łodzi do Trzeciej Rzeszy, utworzyły na jej terenie Litzmannstadt Ghetto, miejsce przymusowej pracy i czasowego zamieszkania dla Żydów przed ich wywózką do obozów koncentracyjnych. Żołnierze 8 Gwardyjskiej Armii Ogólnowojskowej, zdobywający miasto w styczniu 1945 roku, zastali na terenie wysiedlonego getta tylko kilkuset jego byłych mieszkańców.

Rynek Bałucki, widok od ulicy Organizacji WiN. Fot. Bogdan Jankowski
Powojenne próby urbanistycznego i socjalnego przeobrażania Bałut poprzez budowanie nowych bloków mieszkalnych utknęły z powodu niedoboru środków finansowych i nadmiaru potrzeb mieszkaniowych. Nowe domy wyrosły na podwórkach nieistniejących już kamienic, obok niewyburzonych oficyn z drewnianymi latrynami, a pierzeje szerokich alei spacerowych kończyły się po stu metrach w pobliżu drewniaków mieszkalnych pozbawionych kanalizacji. W ostatnich latach swoją cegiełkę do bałuckiego bałaganu dołożyli deweloperzy, stawiający apartamentowce i domy z mieszkaniami na wynajem w każdym dostępnym miejscu i nie zważający zupełnie na kontekst urbanistyczny. To na Bałutach widać najlepiej rezultaty nieciągłości dziejów miasta. Jak w przekroju drewnianego pnia widoczne są słoje przemian ekonomicznych i socjalnych, niedokończonych rewolucji i porozrywanych biografii. Różnorodne formy nieciągłości są szczególnie widoczne w takich częściach jak: park Staromiejski (zwany przez łodzian Parkiem Śledzia), dawna „jurydyka” Poznańskiego, Stary Rynek, ale również w wielu innych miejscach przestrzeni materialnej i symbolicznej. Sam Rynek Bałucki także przeszedł transformację: od placu handlowego w kwadracie ulic: Zgierska, Łagiewnicka i Bałucki Rynek, wypełnionego drewnianymi straganami, do murowanego pawilonu w stylu postmodernistycznym zajmowanego przez bogatszych przedsiębiorców.
To na Bałutach widać najlepiej rezultaty nieciągłości dziejów miasta. Jak w przekroju drewnianego pnia widoczne są słoje przemian ekonomicznych i socjalnych, niedokończonych rewolucji i porozrywanych biografii.
Historia Łodzi jako nowoczesnego miasta jest równie krótka co burzliwa. Era przemysłowego rozwoju charakteryzowała się dynamicznym wzrostem produktywności, ale również bezwzględną eksploatacją: ludzi, zasobów i środowiska naturalnego. Szybka industrializacja nastawiona na jedną branżę, dynamiczny wzrost liczby mieszkańców, chaotyczny rozwój przestrzenny, brak ciągłości władzy politycznej i administracyjnej – to zaledwie kilka z wielu czynników, z których skutkami muszą mierzyć się obecni mieszkańcy miasta epoki postindustrialnej.
O tym, jak trudnym miejscem do życia jest Łódź przekonali się przedstawiciele wielu pokoleń pracowników przemysłu włókienniczego, dla których ciężka praca w fabrykach wiązała się często z chorobami zawodowymi, wypadkami przy pracy i niepewnością egzystencji. Przez dziesiątki lat wsparciem dla pracujących łodzian były wspólnoty sąsiedzkie w miejscu zamieszkania (w domach, kamienicach, przyfabrycznych famułach). Zapewniały pomoc w okresach kryzysów ekonomicznych, załamań na rynkach surowców, wojen światowych i lokalnych oraz lokautów. Dawały także poczucie bezpieczeństwa migrantom ze wsi, których korzenie tkwiły w okolicznych miejscowościach, gdzie rytm życia regulowany był porami roku, a nie fabryczną syreną. Pozwalały na powolną transformację tożsamości kulturowej poszczególnych ludzi oraz całych społeczności poprzez adaptację części zwyczajów i tradycji ludowych do warunków miejskich, na posługiwanie się wspólną gwarą i współuczestnictwo w praktykach religijnych. Pomimo ubóstwa i trudnych warunków życia mieszkańcy tych sąsiedztw traktowali miejsca zamieszkania jako swój dom – nie będąc przy tym prawnymi właścicielami budynków ani mieszkań.

Jedna z bram w zrewitalizowanym Parku Śledzia, widok na ulicę Ogrodową. Fot. Bogdan Jankowski
Duże osady robotnicze były najczęściej zorganizowane wokół fabryk należących do Karola Scheiblera (Księżny Młyn), Juliusza Kunitzera (Widzew) i Izraela Kalmanowicza Poznańskiego (ulice Ogrodowa i Drewnowska). Zamieszkiwanie w tych miejscach wiązało się z prestiżem, wyróżnieniem i było powodem do dumy, a terytorialna odrębność była pielęgnowana i podkreślana w kontaktach z obcymi. Powstawały także osiedla i kolonie przeznaczone dla specjalistów branżowych, których łączyła pozycja społeczna i zawodowa, a wspólne zamieszkanie w jednym miejscu wzmacniało ich solidarność, bezpieczeństwo socjalne i kulturową tożsamość. Takimi osiedlami były na przykład: kolonia urzędniczo-robotnicza ZUS przy ulicy Sanockiej, Spółdzielcze Towarzystwo Budowy Domów dla Urzędników Skarbowych na Julianowie czy kolonia oficerska przy ulicy Kopcińskiego. Członkowie tych społeczności spędzali razem czas wolny, wspólnie obchodzili święta religijne, a prywatne wydarzenia takie jak chrzty i śluby stawały się uroczystościami całej wspólnoty. Często zawierano małżeństwa wewnątrz sąsiedzkich grup, co wzmacniało więzi i dawało poczucie jedności.
Większość wspomnianych osiedli przetrwała do dzisiaj, zarówno tych przeznaczonych dla robotników, jak i dla klasy średniej, ale wewnętrzne relacje wiążące ich mieszkańców zostały zerwane. Przyczyną była utrata wspólnego pracodawcy oraz częściowa wymiana mieszkańców – po wojnie do budynków dokwaterowano lokatorów z innych części Łodzi i o odmiennych profesjach. Największy cios tradycyjnym wspólnotom mieszkańców zadało w latach siedemdziesiątych spółdzielcze budownictwo mieszkaniowe, które oferowało nowe mieszkania w blokach poza centrum miasta. Większość robotników dużych łódzkich zakładów pracy oraz specjalistów branżowych wyprowadziła się do osiedli mieszkaniowych powstających na Chojnach, Widzewie, Radogoszczu, Retkini i Teofilowie. Nowe bloki oferowały ciepłą wodę, centralne ogrzewanie i toalety w mieszkaniu – luksusy niedostępne w łódzkich czynszówkach. Nowe relacje sąsiedzkie w blokach nie miały już charakteru wspólnotowego i nie tworzyły intymnego lokalnego świata. Każda z rodzin mieszkała w swojej części przestrzeni blokowej, często nie znała ludzi za ścianą. Stare famuły robotnicze oraz część czynszowych kamienic stawały się miejscem zamieszkania osób najuboższych, często bezrobotnych, a ich trudna sytuacja ekonomiczna sprzyjała przestępczości i społecznym patologiom. Sąsiedztwa utraciły charakter bezpiecznego domu i zgodnie z filozofią Yi-Fu Tuana nie byłyby już miejscem, ale obszarem zesłania i narzędziem wykluczenia społecznego.
Czy stały się przestrzenią?
Yi-Fu Tuan pyta: „Jakie są powiązania pomiędzy osobistymi relacjami a wartościami przestrzennymi?”. Dawna fabryka Izraela Kalmanowicza Poznańskiego wraz z otaczającymi ją robotniczymi famułami nazywana była w dziewiętnastym wieku „jurydyką Poznańskiego”, co podkreślało jej odrębność od pozostałej części Łodzi. Od samego początku była miastem w mieście: posiadała własną elektrownię, studnie głębinowe, straż ogniową i bocznicę kolejową. Była relatywnie bezpiecznym miejscem do życia, zarówno domem, jak i miejscem pracy, a strajki, wojny i kryzysy ekonomiczne nie naruszyły jej autonomii. Nawet zmiana ustroju politycznego i przemianowanie na Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego nie zniszczyły integralności tego miejsca, raczej je wzmocniły poprzez utworzenie zakładowych bibliotek, żłobków, szkół i przychodni zdrowia. Zakład pracy oferował wczasy i kolonie dla dzieci we własnych ośrodkach wypoczynkowych lub w domach Funduszu Wczasów Pracowniczych. Po upadku przemysłu włókienniczego fabrykę przekształcono w centrum handlowe Manufaktura, które przy zachowaniu większości budynków stało się otwartą przestrzenią handlową, ulubionym miejscem spotkań, zakupów i rozrywki łodzian. Uratowano przed wyburzeniem większość obiektów fabrycznych, choć oczywiście zmieniono całkowicie ich charakter i przeznaczenie, a mieszkańcy robotniczych famuł przy ulicy Ogrodowej zostali wysiedleni i rozproszeni. Same budynki poddano renowacji i przeznaczono do komercjalizacji.
Sąsiedztwa utraciły charakter bezpiecznego domu i zgodnie z filozofią Yi-Fu Tuana nie byłyby już miejscem, ale obszarem zesłania i narzędziem wykluczenia społecznego. Czy stały się przestrzenią?
Zamkniecie zakładu pracy to problem ekonomiczny, a zwolnienie wszystkich pracowników jest zadaniem dla urzędów pracy i specjalistów od aktywizacji zawodowej. Pozostaje kwestia wspólnoty mieszkańców domów robotniczych, sąsiedzkiej grupy ludzi powiązanych wspólnymi biografiami, darzących się zaufaniem i mogących na siebie liczyć w trudnych sytuacjach. Sąsiedztwa w famułach Poznańskiego powstały pod koniec dziewiętnastego wieku i przez dziesiątki lat pozostawały wielopokoleniową ostoją bezpieczeństwa i porządku pomimo dramatycznych wydarzeń w Łodzi i na świecie.
Można zadać pytanie: czy istniała w ogóle szansa na uratowanie sąsiedzkiej wspólnoty pozbawionej najsilniejszego spoiwa, którym było wspólne miejsce pracy? Yi-Fu Tuan to pytanie formułuje następująco: „Jakiego rodzaju intymne, bliskie miejsca można projektować, a jakich się nie da?”. W przypadku fabrycznego kompleksu I.K. Poznańskiego nikt nie podjął takiego wyzwania, a właściwie w ogóle nie zastanawiano się nad możliwością wsparcia wspólnoty mieszkańców i podtrzymania jej egzystencji. Przeważyły argumenty finansowe, a wspólnota pozbawiona swojej reprezentacji politycznej okazała się bezsilna wobec transformacji ekonomiczno-społecznej. Losy robotniczych wspólnot Łodzi potoczyły się odmiennie od tych z Górnego Śląska, które pomimo nierentowności kopalń węgla mogły liczyć – i ciągle mogą – na hojne wsparcie państwa. Nad górnikami rozpięto polityczny parasol, co skutkowało konsekwencjami o charakterze ekonomicznym czy ekologicznym. Zahamował on na Śląsku rozpad tradycyjnych wspólnot i pozwolił utrzymać ich integrujący społecznie charakter. Łódzki przemysł włókienniczy, nazywany przemysłem lekkim (sic!), został z góry spisany na straty jako niezbędna cena transformacji. Dodatkowym kosztem okazała się zagłada wspólnot mieszkańców, likwidacja miejsc, w których łodzianie czuli się jak u siebie – bezpiecznie i w zrozumiałym dla nich otoczeniu.
Park Staromiejski, nazywany Parkiem Śledzia, jako strefa zieleni miejskiej jest obszarem względnie nowym. Utworzony w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku na terenach wyburzonych przez niemieckie władze okupacyjne stał się popularną strefą rekreacyjną dla okolicznych mieszkańców. Park graniczy bezpośrednio z terenem byłego Litzmannstadt Ghetto, który obejmował w latach 1940–1944 około czterech hektarów Bałut. Przez wiele lat po wojnie była to „zapomniana dzielnica”, nieistniejąca w świadomości łodzian jako miejsce, w którym tragicznie dopełniły się losy członków mniejszości żydowskiej (także tej zamieszkującej dawniej Łódź). W roku 1939 mieszkało w Łodzi ponad 230 000 Żydów, z których tylko nieliczni przetrwali do końca wojny. Większość z nich została zamordowana w hitlerowskich obozach koncentracyjnych po wywiezieniu z łódzkiego getta.

Park Śledzia, widok na ulicę Wobroską. Fot. Bogdan Jankowski
Na początku dwudziestego pierwszego wieku zaczęto przywracać pamięć historyczną o Litzmannstadt Ghetto i związanej z nim eksterminacji ludności żydowskiej. Powstały Centrum Dialogu im. Marka Edelmana oraz Park Ocalałych z drzewami poświęconymi osobom, które przeżyły wojnę. Ukazało się wiele książek dotyczących historii łódzkich Żydów i Zagłady, natomiast materialnych śladów dawnej obecności getta pozostało niewiele. Obecnie podejmuje się próbę zaznaczenia miejsc istotnych historycznie, także na terenie Parku Staromiejskiego. W chodnikach i na placach zamontowano tablice, oznaczając granice getta, w czasie okupacji strzeżone przez drewniane ogrodzenie z drutem kolczastym i budki funkcjonariuszy Schutzpolizei. W parku oznaczono ceglanymi pasami ślady dawnych ulic, kiedyś ruchliwych i tłocznych, pełnych żydowskich kramów i sklepików. Miejsce spalonej przez hitlerowców w listopadzie 1939 roku synagogi Altshtot (Alte Szil) oznaczono pamiątkową tablicą, a w jej pobliżu stanęła statua Mojżesza, trzymającego nad głową Dekalog ze zbiorem nakazów moralnych, pomagającym Żydom odróżnić dobro od zła. Czy to wystarczy, aby zatrzymać (odtworzyć?) pamięć łodzian o Litzmannstadt Ghetto? Czy rocznicowe inskrypcje wykute w kamieniu i nowe tablice informacyjne tworzą miejsca zapełnione znanymi nam wartościami, czy są tylko drogowskazami w pustej przestrzeni?

Jedna ze stu granitowych płyt wkomponowanych w chodniki Bałut, służące trwałemu zaznaczeniu granic getta. Pomysłodawcą projektu był Wiktor Skok. Fot. Bogdan Jankowski
Park Ocalałych utworzono w 2004 roku, na jego terenie wybudowano Centrum Dialogu. Jest przykładem obszaru, który w zamyśle pomysłodawców miał zaistnieć nie jako zwykły miejski teren zielony, ale stać się symboliczną przestrzenią pamięci, refleksji i uniwersalnego memento. Każde z zasadzonych drzew to nie tylko ocalały człowiek i jego dramatyczna biografia, ale cała historia świata walczącego ze złem. Zgodnie z judaistycznymi zasadami wiary: kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat. Ten las zbiorowej pamięci na terenie Bałut, dawnego rewiru żydowskiego i Litzmannstadt Ghetto, powstał na terenie zaniedbanego obszaru, który dla bałuckich nastolatków mieszkających w okolicy był miejscem prywatnych spotkań, wspólnych rozrywek i lokalnych celebracji. Część sadzonek drzew (według relacji uczestnika zdarzenia) została nocą zniszczona przez młodzież na znak protestu wobec nieuprawnionej, ich zdaniem, aneksji miejsca, które uważali za własne. Wydarzenia nie miały podłoża antysemickiego, nie wynikały z braku szacunku dla ludzkiego cierpienia, ale były obroną przestrzeni, z którą związane były ich przeżycia, radości i dramaty. Miejsca, któremu nadali znaczenie i gdzie czuli się jak u siebie. Wymuszoną konkurencję z innymi wartościami i inną pamięcią uznali za wypowiedzenie „wojny”.

Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, mural upamiętniający Chawę Rosenfarb „Drzewo życia” autorstwa Aleksandry Ignasiak. Fot. Bogdan Jankowski

Ulica Obrońców Westerplatte, fragment budynku znajdującego się na terenie getta romskiego, widoczne murale „Dzieci Bałut – murale pamięci” wg koncepcji Katarzyny Tośty, namalowane przez Piotra Saula. Fot. Bogdan Jankowski
Czy można działaniami administracyjnymi przywołać lokalną pamięć historyczną? Yi-Fu Tuan spytałby: „Jakie przedmioty zakotwiczają czas?”. Budynki i pomieszczenia, w których żyjemy, przedmioty codziennego użytku, materialne symbole wyznawanych przez nas idei mogą być fizycznym repozytorium naszej pamięci, ale istnieją w naszej świadomości głównie poprzez relacje z innymi ludźmi, z którymi wiążą się nasze wspomnienia, z dobrze znanymi lub bliskimi osobami. W takich przedmiotach są zakotwiczone elementy naszego własnego życia i biografie bliskich.
Park Ocalałych i Park Staromiejski to jedne z nielicznych w centrum miasta oaz zieleni. Okoliczni mieszkańcy traktują je jako miejsce wypoczynku i spacerów. Jeżeli mieszkańcy przechadzający się wśród klonów, lip, świerków, buków i modrzewi z czasem nadadzą im jakieś trwałe znaczenie, to będzie ono związane z bezpośrednimi przeżyciami korzystających z nich ludzi, ich pamięcią zdarzeń i przeżywanych emocji, i to użytkownicy parków zakotwiczą w nich swoją pamięć w sposób dla nich właściwy. Za jakiś czas będziemy mogli stwierdzić, czy w tym zakresie znajdą się także refleksje dotyczące osób uhonorowanych zasadzonymi drzewami.
Jane Jacobs, autorka Śmierci i życia wielkich miast Ameryki, opisała w swojej książce sposoby, na jakie ludzie tworzą wspólnoty oraz to, jak te wspólnoty są unicestwiane. Podała dziesiątki przykładów ze Stanów Zjednoczonych, poddała krytyce urbanistykę oraz politykę społeczną lokalnych władz. W rozdziale poświęconym parkom stwierdziła: „Parki miejskie to nie byty abstrakcyjne ani naturalne repozytoria cnót i wzniosłości, tak samo jak bytami abstrakcyjnymi nie są chodniki. Nic nie znaczą w oderwaniu od swoich praktycznych, namacalnych funkcji ani w oderwaniu od namacalnego wpływu – dobrego lub złego – wywieranego przez przyległe do nich dzielnice i ich funkcje”. Podobnie jak zegar na bramie zakładów Poznańskiego (a dawniej syreny fabryczne) nie wskazywał tylko aktualnego czasu, ale decydował o zachowaniach mieszkańców ulicy Ogrodowej. Znajome sygnały określały różne etapy życia: pracę, odpoczynek, a czasem bunt. Obecnie odnowiony i zamontowany na bramie wejściowej zegar jest tylko zabytkowym chronometrem i znakiem orientacyjnym w otwartej przestrzeni, która jest zawsze dostępna dla wszystkich, niezależnie od godziny i pory roku. Starodawny czasomierz nad wejściem do Manufaktury stał się ostatnim symbolem przywołującym dawne wspomnienia i zapomniane znaczenia. Przechodząc pod nim, przekraczamy próg nowego, wspaniałego i bezczasowego świata radości bycia w anonimowym tłumie.

Stary Rynek, widok od strony Parku Śledzia. Fot. Bogdan Jankowski
Rynek Staromiejski w swojej obecnej postaci jest obiektem względnie nowym, stworzonym po wojnie, chociaż obejmuje obszar zajmowany przez najstarszy rynek Łodzi. Nowa zabudowa wokół placu miała być początkiem nowych Bałut, dzielnicy pozbawionej biedy, z nowoczesnymi blokami mieszkalnymi wzdłuż szerokich ulic i alei spacerowych. Plac rynku został zaprojektowany po wojnie jako miejsce spotkań łodzian manifestujących jedność i wiarę w nowe wartości i zasady współżycia. Symbolem tych idei był pomnik Juliana Marchlewskiego, który wyciągniętą ręką wskazywał szczęśliwą przyszłość, zapewnioną historycznym determinizmem. Pomimo usunięcia pomnika z placu w 1991 roku wiara w przyszłość wciąż tli się na Starym Rynku, kuszącym przedstawicieli miejskich plemion swoją otwartością na zbiorowe ekspresje poglądów i społecznych idei. W przeszłości był to teren handlowy, otoczony kamieniczkami i parterowymi drewniakami, których właściciele lub najemcy trudnili się sprzedażą, kupnem lub wytwarzaniem wszystkiego, co tylko znajdowało nabywców z Łodzi lub okolic. To tu zaczynał swoje interesy Izrael Poznański, którego ojciec po przeprowadzce z Aleksandrowa Łódzkiego zakupił nieruchomość na tym prestiżowym i rokującym powodzenie w handlu obszarze. Przeprowadzona ostatnio modernizacja uporządkowała zaniedbany przez lata teren, a nowoczesne stanowiska do prowadzenia sprzedaży wydają się sugestią dla potencjalnych następców rodu Poznańskich. Niestety, rzeczywiste miejsca handlowe nie powstają w ten sposób. Są wypadkową potrzeb i możliwości ich zaspokojenia i nie wymagają estetycznego otoczenia. Przykładem martwego placu handlowego jest również zmodernizowany targ na rogu ulic Jaracza i Kilińskiego, którego próby ożywienia nie przyniosły dotąd rezultatu. Zupełnie inaczej jest na targowiskach przy ulicach Dolnej i Ceglanej. W obronie zagrożonego likwidacją Pchlego Targu na Dolnym Rynku zaktywizowali się zarówno handlarze, jak i niektórzy mieszkańcy Bałut. Uznali to wprawdzie dzikie, ale posiadające wieloletnią tradycję targowisko za społeczno-kulturowe dziedzictwo dzielnicy i przyczynę jej chwały. Ulica Ceglana, znana nie tylko z lokalnego baru piwnego Cegielnia, odwiedzanego tłumnie w dni targowe i poza nimi, jest również bardzo popularna dzięki możliwości nabycia z przenośnych turystycznych stolików papierosów bez znaków akcyzy i spirytusu w plastikowych butelkach. Ta zyskowna, choć ryzykowna „działalność gospodarcza” nie byłaby możliwa bez współpracy z lokalnymi mieszkańcami i „wolontariuszami” pełniącymi rolę czujek, magazynierów i kurierów. To jedno z ostatnich lokalnych miejsc w Łodzi rządzących się własnymi prawami, którego mieszkańcy i użytkownicy czują się jak u siebie, gdyż bezpieczeństwo zapewnia im akceptowany przez społeczność kodeks postępowania.

Społeczna akcja zachowania pchlego targu Dolna – Cegielniana, 2024. Fot. Bogdan Jankowski
W latach 2008–2010 Instytut Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego realizował badania nad procesami przekształceń struktury społecznej Łodzi ze szczególnym uwzględnieniem zjawiska wykluczenia społecznego i ubóstwa wśród mieszkańców (Projekt WZLOT). Badano dawne, historycznie ukształtowane oazy bezpieczeństwa znajdujące się w procesie przekształcania się w enklawy biedy i marginalizacji. Analizie poddano lokalne sąsiedztwa, a zwłaszcza różne rodzaje relacji łączących łodzian z zamieszkanym przez nich terytorium. Przeprowadzono ponad sto wywiadów biograficznych, w których respondenci mieli okazję opisać ważne dla nich przeżycia, zrelacjonować wydarzenia, które najbardziej utkwiły im w pamięci, oraz podzielić się wspomnieniami. Jedna ze starszych mieszkanek kamienicy, wspominająca przeszłość, opowiadała: „Stara to była kamienica, ale tutaj w pewnym stopniu trzymały się tradycje, ponieważ nawet jak było to Święto Bożego Ciała, to jest przecież bardzo stare święto, więc te domy były pięknie ubierane, na podwórku tydzień przed tym świętem to było kolorowo, ponieważ stare lokatorki, my jako młode dziewczyny czy nawet dzieci, to bibuły się cięło, kręciło, zawieszało na tych linkach, przybierało się zielonymi gałązkami. One wisiały całą noc. Raniutko ojcowie, ponieważ to było ciężkie, bo przybrane tymi zielonymi gałązkami, wieszali od domu do domu, tak że na tych podwórkach to brzmiało, czy nawet jak przyszedł… przyszły Święta Wielkanocne, to tak jak był ten lany poniedziałek to nie to, że wiadrami lali, tylko każdy miał tą swoją buteleczkę z różnym tym zapachem i pukało się od drzwi do drzwi, i to wystarczyło dwie kropelki. To była w ten sposób taka tradycja, że żaden lokator nikogo nie omijał, od drzwi, który pierwszy wstał, to od drzwi do drzwi szedł, pukał i tymi dwoma kropelkami, życząc sobie wszystkiego najlepszego. Również jak Boże Narodzenie było, tak samo… Kawałkiem chleba się potrafili podzielić, sąsiad do sąsiada pukał, to naprawdę to było bardzo piękne. Nawet, jeszcze wracając do tych różnych tradycji, nawet jak były przebierańce, to ci stali lokatorzy przebierali się, pukali od drzwi do drzwi, tak że na… na tej klatce to było bardzo… bardzo było wesoło. Jedno, tak jak mówię, jedno drugiego pilnowało, nie to, że z jakąś przykrością mu przychodziło, że to było całkiem inaczej, te tradycje były tak bardzo ścisłe to ja pamiętam jako to była dzieckiem. One były trzymane te… to lokatorzy trzymali te tradycje, żeby one nie zanikły. W tej chwili nie ma tego, nie ma tego. Nie ma tych…” (wywiad 08.EB.26.01).Przytoczona nostalgiczna opowieść dotyczyła najbliższych sąsiadów i sąsiedztw rozszerzonych, czyli skupisk domów, którymi były dawne osiedla robotnicze, famuły i kamienice czynszowe – dotyczyła miejsc i ludzi dla mieszkanki najbliższych.

Kamienica między ulicami Krawiecką i Franciszkańską. Fot. Bogdan Jankowski
Yi-Fu Tuan spytałby: „Jak określimy bliską znajomość w kontaktach z miejscem?”. Bezpieczeństwo i porządek we wspólnotach mieszkańców wiązały się także z systemem kontroli społecznej i nadzorowania niepożądanych zachowań. Jak wspominała mieszkanka famuły z ulicy Ogrodowej: „Gdy tylko pojawił się jakiś obcy na podwórku, zaraz pytano go, kim jest, po co przyszedł i do kogo, tak że kradzieże i napady się nie zdarzały. Nawet drzwi do mieszkań nie zamykano na klucz”.
Przeprowadzone przez łódzkich socjologów badania ujawniły różnorodne typy relacji ludzi z miejscem zamieszkania oraz wagę, jaką ma dla człowieka przebywanie w środowisku pełnym znaczeń i symboli. Ukazano wpływ przemiany sąsiedztw rozszerzonych w zatomizowane zbiorowości z zanikającymi interakcjami sąsiedzkimi (sąsiedztwa wykluczające) i określono go jako szkodliwy dla dobrostanu ludzi.
Ze względu na rodzaj powiązania z miejscem zamieszkania wyodrębniono w enklawach cztery grupy mieszkańców, z tym zastrzeżeniem, że granice między grupami nie są ostre, gdyż poszczególne osoby przemieszczają się pomiędzy nimi w miarę upływu czasu i zachodzących okoliczności. Związek pierwszej grupy z miejscem zamieszkania ma charakter głównie historyczny, a znaczenia, które przypisują oni poszczególnym elementom zapamiętanego świata, nie mają już swoich desygnatów. Można ich nazwać „Tymi, którzy pamiętają”, gdyż są ostatnimi nosicielami zbiorowej pamięci (cytowany wywiad 08.EB.26.01). Dla „Rozbitków”, drugiej wyróżnionej grupy sąsiedzkiej, rzeczywistość jest stanem przejściowym, przymusowym, niechcianym i wrogim. Ich podstawowym pragnieniem jest ucieczka do jakiegoś bezpiecznego miejsca, którego mają. Dla „Urodzonych w enklawach” lokalne społeczności są wypełnione emocjami o dwojakim charakterze: miłymi wspomnieniami rówieśniczych przygód oraz traumą realiów życia. Czwarta grupa to najwięksi przegrani transformacji ekonomicznej, których świat zbudowany jest z podstawowych zdarzeń i odczuć, a problem symbolicznego związania z miejscem zamieszkania nie jest dostrzegany. Sąsiedzi nazywają ich najczęściej „Patologią”.
Jak wspominała mieszkanka famuły z ulicy Ogrodowej: „Gdy tylko pojawił się jakiś obcy na podwórku, zaraz pytano go, kim jest, po co przyszedł i do kogo, tak że kradzieże i napady się nie zdarzały. Nawet drzwi do mieszkań nie zamykano na klucz”.
Przewidywalność sąsiedzkiego świata, jego intymna znajomość dodaje nam pewności siebie i stabilizuje naszą egzystencję. Zapobiega utracie spójności znaczeniowej najbliższego nam otoczenia. W świecie nieprzewidywalnym i niezrozumiałym czujemy się zagubieni i niezdolni do działania. Przestrzenna alienacja, odhumanizowanie miejsca zamieszkania i jego przemiana w przestrzeń tranzytu wzbudzają u osób przebywających na takim obszarze silne uczucie strachu i chęć ucieczki. To typowa reakcja „Rozbitków” wcześniej wymienionych jako jedna z grup mieszkańców łódzkich enklaw.
Marc Augé, francuski antropolog kulturowy, określił „niemiejsca” jako anonimowe przestrzenie, które jakkolwiek pełne są ludzi, to nie tworzą relacji i nie budują tożsamości, a raczej wzmacniają samotność człowieka. Jako typowe wzmacniacze ludzkiej samotności wymienia: porty lotnicze, dworce kolejowe, stacje i środki transportu publicznego, pasaże handlowe, supermarkety i pokoje hotelowe. W swojej książce Niemiejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności pisze: „W konkretnej rzeczywistości dzisiejszego świata miejsca i przestrzenie, miejsca i niemiejsca mieszają się ze sobą i się nawzajem przenikają. Możliwość niemiejsca nigdy nie oddala się od miejsca”.
To, w jaki sposób odczuwamy rzeczywistość wokół nas (miejsce/przestrzeń), wpływa na nasze zachowanie. Ponieważ nasze zmysły i myślenie są z sobą nierozłącznie związane, jest kwestią kluczową, gdzie mieszkamy, co widzimy, słyszymy, a nawet jakie zapachy czujemy. Przyjmuje się, że dla mieszkańców miasta korzystniejsze jest przebywanie w miejscach niż w przestrzeniach. Jest to lepsze zarówno dla ludzi, ich poczucia bezpieczeństwa i ogólnego dobrostanu, jak i samego terenu – uporządkowane i nadzorowane przez lokalnych mieszkańców miejsca wymuszają prospołeczne zachowania także u pojawiających się przybyszów.
Duże, nowoczesne miasta, takie jak Londyn czy Nowy Jork, również wytwarzają swoje oazy lokalności zapewniające ich mieszkańcom komfort psychiczny, swojskość otoczenia i przewidywalność zachowań sąsiadów. Nowojorskie Chinatown jest przykładem miejskiej enklawy zachowującej swoją odrębność kulturową, w której dawni migranci z Azji Wschodniej i ich potomkowie czują się jak u siebie. Atmosfera społecznej spójności i równowagi emocjonalnej jest wyczuwalna nawet dla ciekawskich obcych wizytujących chińską dzielnicę. Pojawiające się czasami w mediach informacje o aktywnej w tej dzielnicy mafii paradoksalnie świadczą o integralności wspólnoty i silnej wewnętrznej kontroli reguł postępowania.
Potrzeba bezpieczeństwa pozostaje niezmienna, natomiast transformacji ulegają miejsca, w których jest realizowana, oraz strategie działania. Zawężeniu ulega niekiedy definicja własnej społeczności. Obecnie często rozumiemy ją jako rodzinę zajmującą własny dom lub mieszkanie. Ujawnia się wtedy chęć zademonstrowania odrębności własnego miejsca poprzez specyficzny wystrój wnętrza, czasami balkonów i innych zewnętrznych elementów budynku, mających charakter deklaracji estetycznych lub niekiedy nawet politycznych.

Róg ulic Franciszkańskiej i Zawiszy Czarnego. Fot. Bogdan Jankowski
Krańcowym przypadkiem indywidualizmu i osobistej autonomii jest ucieczka ze świata zewnętrznego w obszar swojego ciała poprzez ubiór, ozdoby, tatuaże i ćwiczenia fizyczne kształtujące sylwetkę. Istotny jest tu zwłaszcza zwyczaj tatuowania własnego ciała i umieszczania na nim rysunków, napisów, czasami symboli religijnych i ideowych. Tatuaże często pozwalają na identyfikację poglądów właściciela i zasad, którymi się kieruje, a fizyczne zjednoczenie tych deklaracji z ciałem może świadczyć o wadze, jaką jednostka przykłada do reguł postępowania, i o determinacji stosowania wyznawanych zasad. Ciało bywa traktowane jako element przestrzeni możliwy do przekształcenia w miejsce kultu, a poszczególne jego elementy są przeznaczane do szczególnego namaszczania. Rozporządzanie własnym ciałem w celu adaptowania go na swój własny dom ma jedną bezsporną zaletę: szybkość uzyskania rezultatów. Wymaga tylko tyle czasu, ile potrzeba na wykonanie tatuażu, co w epoce późnej nowoczesności jest bezcenne.
Powiększające się wrażenie niepewności świata nie niszczy, ale raczej wzmacnia potrzebę stabilnego świata lokalnych znaczeń i swojskości.
Yi-Fu Tuan pyta: „Jak dużo czasu potrzeba do wytworzenia się trwałego przywiązania do miejsca?”. Tradycyjne wspólnoty potrzebowały na to wiele lat, w przypadku robotniczych famuł były to dwa, trzy lub cztery pokolenia. Sąsiedztwa robotnicze powstały w dziewiętnastym i dwudziestym wieku jako kontynuacja tradycyjnych wspólnot wiejskich, których członkowie emigrowali do Łodzi. Pochodzili z jednorodnych kulturowo społeczności, a przymus ekonomiczny wzmacniał grupowe zachowania prospołeczne. Przyspieszenie, jakiemu obecnie wszyscy podlegamy, zmusiło niektórych amatorów swojskości do zastosowania metody instant: natychmiastowej deklaracji swojskości na terytorium własnego ciała.
Podobną rolę jak tatuaże pełnią specjalnie zaprojektowane lub dobrane ubrania, koszulki zdobione znaczącymi wizerunkami lub buty i nakrycia głowy nawiązujące do określonych idei. Miejsce zamieszkania owych idei przemieszcza się wraz ciałem i nigdy go nie opuszcza. Nie jest to tylko moda i estetyczne naśladownictwo, lecz indywidualna manifestacja bezwarunkowej lojalności wobec własnego terytorium, posunięta do ostatecznych granic. Człowiek zdaje się mówić (krzyczeć?): „Patrzcie, to ja i cały mój świat i jest mi w nim dobrze!”. Jednostkowa ekspresja własnych zasad jest bardzo widowiskowa, ale powszechne zepchnięcie naszej społecznej intymności do getta ludzkiego ciała byłoby absolutnym zwycięstwem niemiejsc nad człowiekiem jako istotą społeczną.

Pchli targ przy ulicy Dolnej. Fot. Bogdan Jankowski
Na drugim końcu kontinuum relacji człowiek–miejsce zamieszkania jest strategia wizualnej kolonizacji każdego obszaru przebywania. Jest to metoda członków plemion miejskich, takich jak kibice klubów piłkarskich, grafficiarze i wszystkich grup społecznych negujących istniejący porządek – jest ostrzeżeniem i wyzwaniem dla przedstawicieli establishmentu. Autorzy napisów, znaków, symboli i często bardzo osobistych komunikatów zaznaczają swój teren, w ten sposób wysyłają wiadomość, że nie jest to już przestrzeń niczyja, ale pełne znaczeń miejsce przebywania ludzi kierujących się własnymi zasadami postępowania i posiadających rygorystyczny kodeks etyczny. Miejskie grupy plemienne mają charakter spójnych wewnętrznie wspólnot, w których nagradzane są: bezwzględna lojalność, odwaga i niezłomność zasad. Celebruje się pamięć o ważnych dla członków grupy wydarzeniach, a wspólne rytualne inscenizacje wzmacniają poczucie jednostkowej przynależności. Pojawiający się często wśród naściennych napisów motyw zemsty i kary za nielojalność lub sprzeniewierzenie się zasadom jest elementem kontroli społecznej nad lokalnym światem uważanym za własny dom. Wszechobecność plemiennych symboli na ścianach miejskich budynków ma pokazać, że członkowie grupy w mieście czują się wszędzie jak u siebie. Każde zaznaczone symbolem lub hasłem miejsce jest jak chorągiewka na planie prowadzonej bitwy, a każda zatknięta na szczycie kamienicy flaga oznacza niekwestionowane zwycięstwo grupowych zasad i praw. Każde zwycięstwo „naszych” jest także bezcennym uczuciem wzniosłości, niedostępnym dla „innych”.
W historycznych zmaganiach miejsca z przestrzenią tożsamość plemienna jest w Łodzi jedynym godnym przeciwnikiem dla ekspansywnych anonimowych przestrzenni zamieniających miejsca w niemiejsca. Yi-Fu Tuan spytałby: „Jak umacniamy wyrazistość wizualną zakorzenionych społeczności?”. Pojawiające się na łódzkich ścianach legalne murale i artystyczne wizualizacje historycznych postaci są tylko nieśmiałą próbą odbicia przestrzeni miejskiej – zarówno tej fizycznej, jak i symbolicznej – z rąk niezmordowanych wspólnotowych aktywistów. Ci ostatni również doszukują się swoich korzeni w odległej przeszłości: przypominają na murach daty powstania swoich organizacji. Pojawia się pytanie, często wybrzmiewające w trakcie protestów miejskich aktywistów: czyje jest miasto? Za tym pytaniem stoi nie tylko chęć walki politycznej o zmianę władzy w Łodzi, ale również potrzeba stworzenia własnego miejsca do życia, miejsca o akceptowanych regułach i zapewniającego bezpieczeństwo w czasach niepewności. Propozycja powrotu do kolektywizmu i traktowania całego miasta jako wspólnoty mieszkańców, a nie zbiorowiska anonimowych lokatorów jest być może utopijna, ale świadczy o istniejącej potrzebie wzmacniania związku ludzi z miejscem zamieszkania.

Łukasz z Bałut przy muralu widniejącym na ulicy Brzeskiej. Fot Bogdan Jankowski
Powiększające się wrażenie niepewności świata nie niszczy, ale raczej wzmacnia potrzebę stabilnego świata lokalnych znaczeń i swojskości. Jedną ze strategii wpisywania własnej lokalności w nowoczesną (ponowoczesną?) rzeczywistość realizuje Łukasz z Bałut – miejski aktywista i bałucki flânuer, uważny mieszkaniec-obserwator dokumentujący zachodzące zmiany i upowszechniający wiedzę o dzielnicy, w której mieszka, o sąsiedztwach, ludziach i zwierzętach wciąż będących częścią zanikającego świata tradycyjnych relacji społecznych. To indywidualista osobiście zaangażowany w tropienie pozostałości po rozległych sąsiedztwach, szukający okruchów przeszłości rozrzuconych wśród starych murów i żyjących w ludzkich biografiach. Łukasz prezentuje swoje odkrycia w mediach społecznościowych, a wystawę jego bałuckich fotografii można obejrzeć w małym sklepie spożywczym „u Bronka” przy ulicy Wojska Polskiego, znanym jako lokalne źródełko. Budując zupełnie nowe relacje społeczne, Łukasz odwraca powszechną tendencję zmiany lokalnych miejsc w anonimową przestrzeń, a mieszkańcy Bałut, nawet jeżeli nigdy nie słyszeli o Yi-Fu Tuanie, zyskują nową, spójną z ich biografiami przestrzeń symboliczną. Nowe doświadczenie lokalności nie pozbawia ich poczucia wolności osobistej, do którego już przywykli, lecz wzmacnia emocjonalne bezpieczeństwo i poczucie bycia u siebie. Yi-Fu Tuan spytałby Łukasza z Bałut: „Czy przestrzeń i miejsce są odpowiednikami ludzkiej potrzeby przygody i bezpieczeństwa?”.
Na koniec konkluzja: „Miejsce jest zorganizowanym światem znaczeń. Nie ma lepszego miejsca niż dom”. Stwierdzenie Yi-Fu Tuana jest wciąż aktualne, zmieniły się tylko miejsca, które rozumiemy pod pojęciem domu. Nasze bałuckie odczytanie mistrza okazuje się równie owocne jak amerykańsko-chińskie i nie narusza spójności logicznej wywodu sławnego humanistycznego geografa. Zwłaszcza że zgodnie ze starym łódzkim powiedzeniem: Bałuty i Chojny to naród spokojny.
Tekst powstał do publikacji Ucząc się od Łodzi 2: Bałuty (2025)
Bibliografia:
- Augé M., Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności, Warszawa, 2010.
- Gambrych-Naze B., Jankowski B., Wrażliwość miasta, Łódź 2021.
- Jacobs J., Śmierć i życie wielkich miast Ameryki, Warszawa 2014.
- Jankowski B., Ogrodowa. Imaginarium społeczne, Łódź 2020.
- Spodenkiewicz P., Zaginiona dzielnica. Łódź żydowska – ludzie i miejsca, Łódź 1998.
- Tuan Y.F., Przestrzeń i miejsce, Warszawa 1987.
- Warzywoda-Kruszyńska W., Jankowski B., Ciągłość i zmiana w łódzkich enklawach biedy, Łódź 2013
Bogdan Jankowski – doktor nauk humanistycznych w zakresie socjologii, ewaluator, fotografik. Autor i współautor książek: „Ciągłość i zmiana w enklawach biedy”, „Ogrodowa. Imaginarium społeczne”, „Wrażliwość miasta”, „Litzmannstadt siedem dni sześc nocy”.Autor wystaw fotograficznych: „Wrażliwość miasta”, „Łódź wielu kultur”, „Sztuka bez granic”, Mondo cane”.