„Wydawać by się mogło, że Łódź i nowoczesność to zjawiska że sobą nierozerwalnie splecione. (…) Położone w agrarnym krajobrazie współczesnej centralnej Polski, miasto to ogniskowało w sobie wszystko, co najlepsze, oraz wszystko, co najgorsze w dynamicznej industrializacji i urbanizacji doby przemysłowej. Będąc forpocztą modernizacji, stanowiło zarazem jej ofiarę, a rozmaite problemy społeczne typowe dla nowoczesnego świata, uwidaczniały się na łódzkim bruku z wielką siłą” – pisał Kamil Śmiechowski. Czy ta nowoczesność stała się kulą u nogi w rozwoju miasta i ostatecznie obróciła się przeciwko niemu?
Łódź i wiele innych, podobnych jej ośrodków przemysłowych powstała i początkowo rozwijała się jako przedsięwzięcie biznesowe, specyficzny koncept przestrzenno-architektoniczny. Była budowana, by tworzyć przede wszystkim warunki do produkcji, a nie dobrego życia, kreowana była przez kapitał i na tymże skoncentrowana. Miało to ogromny wpływ zarówno na sposób funkcjonowania miasta, jak i jego rozwój przestrzenny, a skutki tego są widoczne do dziś. Efektownym tego symbolem może być fakt, że Łódź nie posiada budynku ratusza, tego rozumianego dosłownie, jako siedziba lokalnej władzy, i metaforycznie, jako symbol, znak w przestrzeni, wokół którego integruje się miejska wspólnota. Brak ratusza w Łodzi dowodzi, że nie władza lokalna, nie samorząd, nie szeroko rozumiana społeczność decydowała o losach tego miejsca. W 2021 roku rozstrzygnięto zorganizowany przez Biuro Architekta Miasta konkurs architektoniczny na nową siedzibę władz miasta, która miałaby stanąć w pobliżu kompleksu EC1 i dworca Łódź Fabryczna. Ale nawet wtedy nie pokuszono się o próbę poszukania formy dla siedziby samorządu jako obiektu scalającego, integrującego społeczność miasta. Obiekt miał łączyć funkcje ratusza z przestrzeniami komercyjnymi i być realizowany w formule partnerstwa publiczno-prywatnego.

Niezrealizowany, zwycięski projekt w konkursie architektoniczno-urbanistycznym „Nowy Ratusz w Łodzi”, 2021 r. Źródło: uml.lodz.pl
Oto jeden z paradoksów rządzących losami Łodzi: ogromny ośrodek powstał w oparciu o nietypowe, wcześniej nieznane reguły wprowadzone do europejskiej ekonomii i urbanistyki przez rewolucję przemysłową, ze wszystkimi tego zaletami, ale i złymi konsekwencjami. Skutecznie obrósł mitem miasta sukcesu, bo nawet jeśli wyzysk w „ziemi obiecanej” był podnoszony jako problem, przyćmiewał go kult kapitalistycznej prosperity. Co ciekawe, w kompletnie przecież innych polityczno-ekonomicznych realiach Polski Ludowej ów mit także miał się świetnie. Łódź pozostawała przemysłowym powodem do dumy, w oficjalnej narracji była prężnie rozwijającym się ośrodkiem nowoczesnych fabryk i szczęśliwej klasy robotniczej (dopiero niedawno zaczęto opisywać drugą stronę tego medalu, ruchy robotnicze, opozycyjne, strajki). W końcu jednak jednorodna struktura gospodarcza Łodzi w chwili politycznej i ekonomicznej przemiany obróciła się przeciwko miastu. Koniec centralnie sterowanej gospodarki i wejście Polski w liberalne realia rynkowe zakończyły żywot większości łódzkich zakładów, wprowadzając miasto w głęboki kryzys ekonomiczny i społeczny. „Upadek wielu zakładów przemysłowych rodem z Polski Ludowej był skutkiem nałożenia się na siebie przynajmniej trzech procesów: po pierwsze, gwałtownego przejścia od rozliczania z wykonania planu produkcji na rozliczanie z efektywności ekonomicznej, i to w warunkach, w których reguły rynku zmieniały się w zasadzie z miesiąca na miesiąc. Po drugie, szerszego procesu, który ogarniał różne kraje Europy i wiązał się z kryzysem lub upadkiem poszczególnych gałęzi przemysłu. Zamykanie kopalń w Zagłębiu Ruhry czy kopalń i stoczni w Wielkiej Brytanii było najbardziej spektakularnym elementem procesu przekształceń w europejskiej gospodarce. Komunizm był swoistą zamrażarką, która przestała działać wraz z kresem jego politycznego panowania. Trzeci element był związany z brakiem zasobów – finansowych, ale może także kadrowych i intelektualnych – po stronie państwa, które pozwalałyby dobrze ocenić, które branże warto utrzymać w najtrudniejszym okresie i stworzyć warunki pomyślnej ich restrukturyzacji” – pisze Rafał Matyja w analizującej także urbanistyczne przemiany Polski książce Miejski grunt.
Upadek łódzkiego przemysłu w latach 90. XX wieku radykalnie wpłynął na przestrzeń, urbanistykę i architekturę miasta. Młody, a później coraz dojrzalszy kapitalizm przyniósł wiele nowego – w Warszawie biznesowe dzielnice i wieżowce, w większości miast pączkujące centra handlowe i grodzone osiedla apartamentowców. W Łodzi jednak w szczególnie dużym stopniu było potrzebne szukanie na nowo sposobu funkcjonowania miasta, bo zniknęła główna baza, na której dotąd (od początku swojego istnienia!) się ono opierało. „Łódź modernistyczna to miasto-wyzwanie estetyczne i polityczne, miasto paradoksów, biedne i zaniedbane – i jednocześnie ostentacyjnie bogate; zacofane społecznie – i nowoczesne jako ośrodek przemysłowy” – piszą we wstępie do książki Łódź. Miasto modernistyczne jej redaktorzy. Te mieszające się sprzeczności, jakie cechowały miasto u progu transformacji, nie były łatwym punktem wyjścia dla szukania kierunku zmian. Czy stały się zarazem przekleństwem, jako że od dawna widoczny jest rozdźwięk między tym, co władze i i łódzcy inwestorzy chcą pokazywać, jaki kreują wizerunek miasta i czym Łódź promują, a codziennością jej mieszkańców?

Fot. Ada Świerżewska
Obserwując z zewnątrz przestrzenne zmiany i inwestycyjne decyzje, jakie podejmowano w ostatnich trzech dekadach w Łodzi, by poprawić jakość życia jej mieszkańców, uczynić ją bardziej atrakcyjną, a jednocześnie odmienić jej nadszarpnięty wizerunek, widać wiele niekonsekwencji. Przez lata zdawało się, że poprzemysłowe dziedzictwo traktowane jest raczej jako ciężar i obrano politykę ucieczki do przodu. Pofabryczne obiekty oddawano w ręce prywatnych inwestorów, nie tworząc spójnej wizji tego, jako owo dziedzictwo (nawet zmienione przez deweloperów) może i powinno nadal kształtować obraz miasta. Jedna z wcześniejszych tego typu realizacji, Manufaktura, jest bez wątpienia komercyjnym sukcesem. Czy jednak powstała z odpowiednim szacunkiem do fabrycznej tkanki? Na jakiś czas doprowadziła wręcz do wyludnienia się centrum miasta (ulicy Piotrkowskiej), a co za tym idzie, upadku jej znaczenia. W chwili powstania Manufaktury i przez kolejne lata miasto nie było w stanie zaoferować mieszkańcom atrakcji, funkcji, wygód, jakie mogli znaleźć na terenie komercyjnego obiektu. Można to uznać także za swego rodzaju symbol transformacji w ogóle: prywatyzacja każdej dziedziny życia, choć wtedy wydawała się lekiem na wszystkie problemy, przyniosła także negatywne skutki. Widać to dziś w zapaści, jakiej doświadcza oddane w ręce deweloperów budownictwo mieszkaniowe, czy w projektowaniu przestrzeni publicznych, które dopiero dość niedawno podźwignęło się z kryzysu.
To kolejny łódzki paradoks. Choć na wiele lat Manufaktura „wyssała” życie z Pietryny i okolic, Łódź i tak znajduje się w krajowej awangardzie, jeśli chodzi o kreowanie ogólnodostępnych miejskich przestrzeni. To tu do od dawna istniejących pasaży (które też są łódzką specjalnością i wizytówką) dołączyły pierwsze w Polsce woonerfy, ulice o uspokojonym ruchu, na których pierwszeństwo mają piesi. Pierwszy woonerf powstał w Łodzi w 2014 roku na ulicy 6 Sierpnia z inicjatywy mieszkańców, którzy zgłosili taki projekt w ramach Budżetu Obywatelskiego i był jedną z pierwszych tego typu realizacji w Polsce. Dziś podobnych przestrzeni istnieje w mieście grubo ponad dwadzieścia i planowane są kolejne. Nawet jeśli nie działają idealnie (jak w całym kraju pojawiają się problemy z nadmiarem samochodów), bardzo korzystnie wpływają na obraz i sposób użytkowania miasta. Podobnie jak inna, nowa i odważna realizacja – zakończona wiosną 2024 roku przebudowa Placu Wolności. Z głównego placu miasta wycofano ruch kołowy, zamieniając go w zielony teren dla mieszkańców z ławkami, fontannami, placem zabaw. To wyprzedzające nieco swój czas przedsięwzięcie, bo w większości polskich miast wciąż żywy jest lęk przed realnym ograniczeniem ruchu prywatnych pojazdów. Przebudowę Placu Wolności można uznać za (dokonane po wielu latach) ukoronowanie zmiany ulicy Piotrkowskiej w deptak, które wydarzyło się w latach 90. i także było niespotykanym na owe czasy ukłonem ku pieszym mieszkańcom.
Ulica Piotrkowska, słusznie uznana za Pomnik Historii, jest wielkim skarbem Łodzi z kilku powodów, nie tylko jako najdłuższy w Europie deptak czy wyjątkowa idea urbanistyczna centrum miasta rozciągniętego do formy kilkukilometrowej ulicy. Spacer tym deptakiem to lekcja nowoczesnej architektury w pigułce. Przy samej tylko Piotrkowskiej widać wszystkie nawarstwienia, etapy rozwoju i rozbudowy Łodzi, od jej XIX-wiecznych początków po współczesną deweloperkę. Wydaje się, że ów architektoniczny potencjał jest mało wykorzystywany, tymczasem w gęstej, pierzejowej zabudowie ulicy kryją się unikalne „smaczki”. To reprezentujące każdy z neostylów XIX i początku XX wieku, eklektyczne czy secesyjne kamienice i pałace, niektóre skromne i kameralne, inne bogato wyposażone w detal, potężne i majestatyczne, o prawdziwie wielkomiejskim charakterze. Są tu modernistyczne domy z czasów międzywojennych i późnomodernistyczne bloki, jest wyremontowany niedawno nowoczesny pawilon handlowy „Magda” z lat 60., reprezentujący najlepsze, co w tamtym okresie powstawa ło w polskiej architekturze. Są także architektoniczne pamiątki epoki transformacji: dom handlowy „Saspol”, biurowiec Orange Plaza czy niezwykle ciekawy ze względu burzliwą historię, ale przede wszystkim odważne połączenie historycznej bryły z nowoczesną nadbudową Dom Buta (dawny dom handlowy Emila Schmechela i Rosnera), każdy opowiadający o nieco innym elemencie epoki transformacji. Przy Piotrkowskiej stoi nowoczesny w swojej prostej, rytmicznej, jakby „bezstylowej” formie biurowiec Hi Piotrkowska i sąsiadujący z nim spektakularny przystanek tramwajowy zwany Stajnią Jednorożców. I znów to Łódź pokazuje, że kontrasty i odwaga w kształtowaniu miejskiej przestrzeni mogą być walorem, tęczowa konstrukcja zadaszenia nad tramwajowymi peronami doskonale uzupełnia z jednej strony ulicy monotonną, białą elewację współczesnego biurowca i z drugiej − betonową (choć zazwyczaj niestety ukrytą pod reklamami) fasadę brutalistycznego domu handlowego „Central” z lat 70. To jedyna ulica w Polsce, przy której stoją obok siebie uderzające bogatym detalem i zwieńczone kopułami eklektyczne kamienice z około 1900 roku i bloki z lat 80., czyli zbudowane z wielkiej płyty, ale wyposażone w tuszujące ich modernistyczny wyraz drewniane wykusze, gzymsy, balkony, jak również bankierskie pałace, pofabryczne ceglane halle i w przedziwny sposób parafrazujące formy architektury z przeszłości obiekty, które chciałoby się zakwalifikować do nurtu neopostmodernizmu. Jak dekoracja, która pojawiła się na domu u zbiegu Piotrkowskiej i Struga czy koncepcja „ducha kamienicy”, ażurowego budynku, który ma stanąć w miejscu kultowego niegdyś baru Hort Cafe. Przewrotne, sięgające do historii elementy architektoniczne, a zarazem współczesne projekty wydają się być próbą pastiszowego nawiązania do niejednorodnej budowlanej przeszłości miasta.

Fot. Ada Świerżewska
Największym skupiskiem tego typu realizacji jest ulica Włókiennicza, która w ostatnich latach przeszła gruntowną przemianę. Poddana rewitalizacji z zaniedbanej i okrytej złą sławą staje się (bo proces wciąż trwa) salonem pokazowym łódzkich pomysłów na wejście we współczesność. Niektóre kamienice przy Włókienniczej po prostu wyremontowano, do wielu wrócili ich pierwotni mieszkańcy (nie wszyscy chcieli, lokale zastępcze uznając za wygodniejsze), inne domy mają prywatnych właścicieli i zyskały bardziej luksusowy charakter. Ulicę zamieniono w woonerf, okraszono bramą wejściową ze stylowym napisem, co tylko podkreśla, że to „showroom”, a nie standardowa miejska przestrzeń. Jedną z perełek Włókienniczej jest na pewno dom Hilarego Majewskiego, który nie tylko po remoncie odzyskał blask, ale dzięki umieszczeniu tu instytucji kultury stał się dostępny dla każdego. Wszystkie one jednak bledną przy budynkach wzbogaconych o nowe elementy. Na wielu fasadach pojawił się bowiem zgoła współczesny detal. Postmodernistyczne gry nawiązaniami do przeszłości (rząd kariatyd), zabawy elementami architektonicznymi i kolorami (czerń, złoto), kontrasty i nietypowe zestawienia (np. powierzchni odnowionych z pozostawionym surowym murem) – wszystko to znaleźć można na domach przy Włókienniczej oraz w… postmodernistycznych realizacjach z USA, Wielkiej Brytanii czy Polski z lat 70., 80., 90. Wiele z estetycznych zabiegów na Włókienniczej od razu zwraca uwagę, inne, jak delikatnie namalowane na elewacji „kolumny” czy lustrzane balkony, są subtelniejsze, cała ulica jednak stanowi efektowny zbiór zaskakujących form architektonicznych, raczej niewidywanych w nowych realizacjach. Te ryzykowne, kontrowersyjne i nie zawsze udane projekty z pewnością są jednak niebanalnym pomysłem na odniesienie do przeszłości miasta, do jego architektonicznej spuścizny tak fabryk, jak willi i kamienic majętnych mieszczan, podobnie jak przywoływane już mniej oczywiste, a zarazem odważne projekty łączenia starych budynków z nowymi elementami.

Ulica Włókiennicza –współczesny widok w kierunku zachodnim. Fot. Krzysztof Stefański 2024
O ile Włókienniczą można było potraktować ze sporą dozą fantazji, oddane w prywatne ręce zabytki poprzemysłowe spotkał bardzo różny, nie zawsze szczęśliwy los. W sprywatyzowanych pofabrycznych kompleksach w Łodzi powstały lofty i apartamenty, biura, przestrzenie komercyjne i artystyczne, jak OFF Piotrkowska, który po latach bycia swobodnym miejscem kultury, sztuki i rozrywki coraz bardziej komercjalizuje się i zabudowuje nowoczesnymi biurowcami. Trudno uznać te przedsięwzięcia za tworzące spójną wizję charakteru postindustrialnego miasta. Nie wszystkie z nich w podobny sposób uszanowały historyczną tkankę dawnych zakładów. Nieco lepiej wypadają działania w przestrzeniach poprzemysłowych realizowane przez inwestorów publicznych. Art Inkubator, Fabryka Ludwika Geyera zaadaptowana na potrzeby Muzeum Historii Włókiennictwa już w latach 50., ostatnio doskonale zmodernizowane, ale wciąż niewykorzystujące w pełni swojego potencjału EC1 – to realizacje znacznie ciekawsze i zachowujące przemysłowy charakter swoich siedzib. Podobnie rzecz się ma z fabrykanckimi willami czy kamienicami.
Te ostatnie są szczególnym obciążeniem: ich lata świetności minęły, dekady zaniedbań odarły wiele z nich z architektonicznego uroku, jednak nie można o nie nie zadbać, bo są nie tylko dziedzictwem, ale przede wszystkim ważnym zasobem mieszkaniowym (tym trudniejszym w utrzymaniu, że komunalnym). Tu nie wystarczy malowa- nie elewacji. Proces rewitalizacji historycznej i zarazem komunalnej zabudowy jest znacznie trudniejszy, bo wymaga działań społecznych, współpracy z mieszkańcami, oddziaływania na ich sposób życia, a nie samych tylko remontów budynków. Teoria tych procesów znana jest doskonale. Jak można się dowiedzieć z opisu projektu, przygotowanego przez Urząd Miasta Łodzi: „Rewitalizacja (dosłownie: ożywienie) to szeroki proces przemian społecznych, przestrzennych i ekonomicznych na obszarze, który – jak centrum Łodzi – znajduje się w kryzysie. Jej celem jest ponowne przywrócenie do życia zdegradowanej części miasta i uzupełnienie jej o nowe funkcje. Mówiąc prościej – chodzi o to, żeby w takim miejscu dobrze się przebywało, mieszkało i pracowało. Remonty kamienic czy modernizacja ulic i chodników to tylko część działań składających się na rewitalizację. Poprawa przestrzeni musi iść w parze z polepszeniem warunków życia, co zapewniają szerokie działania społeczne, kulturalne, edukacyjne czy ekonomiczne podejmowane w tym procesie”. Jak ustrzec rewitalizowane okolice przed gentryfikacją, jak zachować historyczny charakter, a jednocześnie radykalnie zmodernizować przestarzałe kamienice? Jak utrzymać miejską atrakcyjność ich okolic, przy zachowaniu profilu jej mieszkańców? Według raportu Głównego Urzędu Statystycznego z 2019 roku Łódź jest najszybciej wyludniającym się miastem w Polsce. Jak zatrzymać mieszkańców, przekonać, że trwająca rewitalizacja jest procesem długotrwałym, ale skutecznym i ostatecznie pozwoli wygodnie żyć w starej zabudowie? Jak wreszcie ma się to do efektownych inwestycji, którymi reklamuje się miasto?
Choć od przemiany ustrojowej w Łodzi wiele postindustrialnych obiektów zyskało drugie życie i wciąż przybywa nowych tego typu przedsięwzięć, trudno uznać, aby to one były tym, co ma nieść miasto w przyszłość. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że owo dziedzictwo było i jest zarządzane w dość chaotyczny sposób, jakby z przymusu (bo nie można go ignorować), bez wizji, jak je w sposób spójny wykorzystać, także na rzecz mieszkańców, nie tylko turystów czy podmiotów komercyjnych. Podobnie nowe inwestycje, jak np. wciąż pusty i otoczony morzem betonu dworzec, liczne nowe biurowce czy kwartały mieszkaniowe (wpisujące się w coraz bardziej w Polsce rozpowszechnione zjawisko traktowania mieszkania jako „produktu inwestycyjnego”) trudno uznać za wizytówkę miasta. Tym bardziej, że należą do trendu obecnego w całym kraju, w którym po transformacji miejskie przestrzenie i budownictwo mieszkaniowe zostały sprywatyzowane i skomercjalizowane, a urbanistyka czy planowanie przestrzenne zamienione w niszowe zajęcie garstki pasjonatów. Czy kończona właśnie inwestycja o nazwie Fuzja, której centrum stanowi cukierkowo zachowany budynek dawnej elektrowni, ale pozostałe historyczne obiekty istnieją w formie samotnych ścian dostawionych do nowych biurowców za pomocą stalowych stelaży, to udana rewitalizacja? Szczególnie, jeśli ją porównać z ukończonym niewiele wcześniej kwartałem Monopolis, podobnie komercyjnym, w którym nie ma wątpliwości, że obcujemy z terenem pofabrycznym. Brak tu konsekwencji, planu, spójnej wizji przyszłości dla przemysłowego dziedzictwa.

Wnętrze elektrowni w dzisiejszej Fuzji. Fot. Hela Dondé, 2025.
Sytuację Łodzi w latach transformacji można częściowo porównać z problemami, jakie trapiły w tym czasie Górny Śląsk. Jednak górnictwo zawsze cieszyło się specjalnymi względami władzy i nie zostało zlikwidowane tak szybko, skutecznie i bez znieczulenia, jak przemysł lekki. Przemysł wydobywczy otrzymywał państwowe wsparcie, a zakłady były rozłożone na większym obszarze, nieskumulowane w jednym mieście. Mimo to stolica regionu, Katowice, też musiały „poszukać na siebie nowego pomysłu”. Wiele lat zajęło przełamanie stereotypu miasta szybów górniczych, dymiących kominów i zasnutych smogiem zaniedbanych ulic, dokonywano tego na wiele sposobów, także ściśle związanych z architekturą. Rozgłos przyniosły inwestycje w budynki akademickie (w tym obsypane nagrodami gmachy Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej czy Szkoły Filmowej, dawniej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego).

Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej, Katowice. Źródło: Culture.pl
Już w latach 90. przecinającą centrum miasta ulicę Chorzowską zaczęły obrastać nowoczesne biurowce, który to trend trwa do dziś. Bardzo wcześnie też w stolicy Górnego Śląska rozpoczęto adaptacje terenów poprzemysłowych – już w 1991 roku prywatny inwestor kupił zrujnowane zabudowania XIX-wiecznego browaru w Katowicach − Szopienicach i sukcesywnie zaczął wprowadzać tam nowe funkcje, głównie biurowe. Rok wcześniej niż łódzka Manufaktura zaczęło działać centrum handlowe Silesia City Center, stworzone w miejscu dawnych zabudowań Kopalni Węgla Kamiennego „Gottwald” z górującym nad sklepami szybem i rekordowo dużą powierzchnią. Jednak tym, co na dobre zmieniło sposób postrzegania Katowic, była gigantyczna inwestycja związana głównie z kulturą, czyli utworzenie na terenie ciągnącym się od hali Spodek do dzielnicy Bogucice zespołu widowiskowych gmachów: Muzeum Śląskiego (wykorzystującego zabytki dawnej KWK „Katowice”), siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia oraz Międzynarodowego Centrum Kongresowego.
Działania w obrębie miast poprzemysłowych są o tyle skomplikowane, że powinny biec równolegle kilkoma skoordynowanymi że sobą torami, z których każdy jest ważny, ale ma też swoją specyfikę. Społecznie najważniejsze jest znalezienie zatrudnienia dla zwalnianych z likwidowanych zakładów ludzi; architektonicznie, ale i ekonomicznie istotne jest zadbanie o industrialną zabudowę, co zwykle oznacza znalezienie dla niej nowych zastosowań; wizerunkowo warto przekonać potencjalnych inwestorów (ale i np. turystów), że mimo radykalnych zmian miasto jest atrakcyjną przestrzenią do działania, a przeszłość jest walorem, a nie obciążeniem. Jak pokazuje nie tylko polska praktyka, skuteczne zintegrowanie i wdrożenie wszystkich tych zadań jednocześnie jest prawie niemożliwe. Łódź często porównuje się z Manchesterem czy Detroit, w kontekście polskich działań rewitalizacyjnych przywołuje się także niemieckie Zagłębie Ruhry. Każde z tych miejsc, choć o podobnych losach, nie tylko miało własną specyfikę (dotyczącą choćby struktury społecznej), ale i funkcjonowało w bardzo różnych systemach politycznych, które w przypadku tak dużych kryzysów mają kluczowe znaczenie (np. Detroit w 2013 roku ogłosiło bankructwo, czego w Polsce prawo nie przewiduje względem miast). Kryzysy i przemiany dotykały też te miasta w różnym czasie. Manchester pierwsze zmiany przestrzenne po rewolucji przemysłowej zaczął wdrażać już w latach 60. (np. wymieniając starą zabudowę na nowszą, wygodniejszą), a kiedy Łódź boleśnie doświadczała transformacji, Manchesterem wstrząsały ataki terrorystyczne IRA. W Zagłębiu Ruhry zaś, obejmującym wiele miast, działania można było dywersyfikować, inwestując m.in. w przestrzenie akademickie, przemysły kreatywne, kulturę i turystykę; roztropna adaptacja kompleksu przemysłowego kopalni i koksowni Zollverein w Essen pozwoliła wpisać ją na listę dziedzictwa UNESCO, na co jest za późno dla choćby zbyt dalece przekształconej Stoczni Gdańskiej. Nie jest to jednak jedyna droga. W 2012 roku świat zmroziła informacja o skreśleniu Liverpoolu z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Powodem było zbyt daleko idące przekształcenie zabytkowych doków, które stanowiły największą wartość starej części miasta. Komitet UNESCO uznał, że wprowadzono w ich przestrzeń nazbyt dużo nowych budynków. Nie wydaje się, aby miastu usunięcie z tej listy szczególnie zaszkodziło. Jednak nie jest łatwo znaleźć równowagę pomiędzy zachowaniem charakteru historycznej zabudowy a koniecznym przecież rozwojem miasta.

Liverpool, widok na nowoczesne budynki ingerujące w krajobraz zabytkowych doków. Źródło: University of Liverpool
Skala i znaczenie poprzemysłowej zabudowy są w Łodzi na tyle duże, że determinują klimat miasta, stanowiąc jego niewątpliwe i wyjątkowe dziedzictwo, będąc zarazem pewnego rodzaju obciążeniem. Bo trudno w Łodzi wykreować coś nowego, nie odnosząc się do nich. Jest w Polsce więcej miast, które wpadły w pułapkę „aktora jednej roli”, które na pewnym etapie rozwoju zyskały tak wyrazisty architektoniczny charakter, że mimo upływu lat jest on wciąż eksploatowany i trudno się spod jego wpływu wyzwolić tak inwestorom, jak architektom. To casus Gdyni, w której nowe inwestycje nie tyle inspirowane są przedwojennym modernizmem publicznych gmachów, z których słynie miasto, ile raczej je w owym modernizmie próbują prześcignąć. Podobnie w sąsiednim Gdańsku: tu do nieznośnej maniery doprowadzono powtarzanie w różnych stylizacjach kształtu hanzeatyckiej kamienicy o wąskim froncie, przedprożu i wysokim dachu. Nieco lepiej radzą sobie Katowice, w których z jednej strony po drugiej wojnie światowej powstało dużo nowoczesnych i wyrazistych obiektów i przemysłowy charakter nie musi być jedynym punktem odniesienia, z drugiej jednak nawiązanie do familoków na Nikiszowcu wciąż daje duże szanse na inwestycyjny sukces.
W artykule pt. Łódź – miasto przestrzennej rewolucji opublikowanym w magazynie „Powidoki” w 2020 roku prezydentka Łodzi, Hanna Zdanowska wyliczała: „Strefa wielkomiejska jest najlepiej ukształtowaną urbanistycznie częścią i historycznym centrum Łodzi. Jej charakter decyduje o tożsamości miasta, gdyż zawiera najwięcej okazałych budynków mieszkalnych i fabrycznych oraz regularnie i najpełniej zabudowanych kwartałów. Obejmuje największy obszar w porównaniu z innymi polskimi miastami, bo aż 1400 hektarów. W Strefie Wielkomiejskiej Łodzi znajduje się ponad 10 tys. obiektów powstałych przed II wojną światową, w tym aż 3800 cennych frontowych kamienic, 200 fabryk i warsztatów, 27 pałaców fabrykanckich i 47 willi”. Już same te liczby pokazują, z jakim dziedzictwem w Łodzi trzeba się zmagać. Bo jego wartość nie ulega dyskusji, ale koszty utrzymania, pomysły na nowe wykorzystanie, remonty, adaptacje – to wszystko naprawdę wielkie wyzwania dla miasta, które wraz z ustrojową transformacją na pewien czas popadło w dramatyczny kryzys. I tak jak kiedyś Łódź była jednym z ważniejszych ośrodków przemysłowych w Polsce, tak dziś można ją uznać za polską stolicę rewitalizacji. Ze wszystkimi związanymi z tym skomplikowanym, kosztownym i długotrwałym procesem wyzwaniami i problemami. Miastu udało się nie zamienić w postindustrialny skansen, nadal jednak trwa proces leczenia ran po transformacji i dopasowywania się do nowych czasów.
Anegdotyczne wydają się dziś usilne starania, by w Łodzi jakąś spektakularną budowlę zaprojektował światowej sławy architekt. Marzenie o „efekcie Bilbao” wciąż żyje, mimo że pochodzi on z połowy lat 90., a jego mit został dawno obalony. Najpierw w Nowym Centrum Łodzi miał projektować Frank Gehry, a plany urbanistyczne rysował Rob Krier. Później koncepcje architektoniczne przygotowywał urodzony w Łodzi Daniel Libeskind. Chyba nikt już nie ma złudzeń, że taka realizacja odmieni los miasta i uczyni je lepszym miejscem do życia. Co nie zmienia faktu, że niebanalny budynek, w którym działać będzie instytucja oferująca ciekawy, nowy, atrakcyjny dla szerokiego grona odbiorców program na pewno jest wartością dla miasta i jego mieszkańców. Nie można również nie docenić odwagi we wprowadzaniu nowych brył w kontekst historycznej zabudowy. Jest to w czasach wielkiego powrotu do historyzującej architektury przejaw nieulegania modom.
Tym bardziej, że Łódź zawsze była miastem awangardy. Spuścizną czasów industrialnej prosperity jest także sztuka, szczególnie ta niemieszcząca się w konserwatywnych, mieszczańskich ramach. Łódź była niezwykle ważnym ośrodkiem awangardowych nurtów w sztuce, rodzenia się odważnych koncepcji artystycznych, od architektury po malarstwo, od poezji po teatr czy muzykę. Dotyczy to tak samo działającego tu w latach międzywojennych środowiska awangardowych artystów, twórców Muzeum Sztuki, jak powojennego dorobku Akademii Sztuk Pięknych czy słynnej Filmówki. Czy będzie nadużyciem stwierdzenie, że architektoniczna odwaga i sięganie po wymykające się modom rozwiązania stanowią kontynuację tych awangardowych idei? Może to właśnie jest droga dla miasta o wyraźnej, ale stanowiącej pewne obciążenie tożsamości? Łódzki neopostmodernizm to granie z nią, wchodzenie w dialog i sprzeczanie się, operowanie wieloma stylami czy epokami, nadawanie znaczeń i ukrywanie w nich rozmaitych treści. Miasto ma już w tej dziedzinie pewne osiągnięcia. Może warto przy nich trwać, nie krocząc drogą mód i obowiązujących tendencji, szukać nowych znaczeń i własnymi drogami interpretować swoje dziedzictwo? Może Łódź zaproponuje własny język architektoniczny, aby można było, parafrazując tytuł jednej z najważniejszych publikacji związanych z nurtem postmodernizmu, „uczyć się od Łodzi” − zgodnie ze słowami Roberta Venturiego, Denise Scott Brown i Stevena Izenoura, którzy w Uczyć się od Las Vegas pisali: „Architektura purystyczna była częściowo reakcją na dziewiętnastowieczny eklektyzm. Gotyckie kościoły, renesansowe banki, jakobińskie rezydencje nie kryły się że swoją malowniczością. Mieszanie stylów oznaczało mieszanie mediów. Udekorowane na historyczną modłę budynki budziły jednoznaczne skojarzenia i czyniły romantyczne aluzje do przeszłości po to, by przekazać dosłowne treści symboliczne: kościelne, narodowe lub programowe. Definicje architektury jako przestrzeni i formy na usługach konstrukcji i programu funkcjonalnego okazały się niewystarczające. Wzajemne nakładanie się na siebie różnych dyscyplin być może osłabiło architekturę, ale wzbogaciło znaczenie”.
Tekst powstał do publikacji Ucząc się od Łodzi (2024)