Mikrohistorie: Sporna 31
Hela Dondé
Ostatni zachowany budynek drewnianej enklawy na Bałutach. O Kusym Kącie, gwizdaniu podczas zbierania owoców, nielegalnej szopie i listach z więzienia.
Olga Turno
Czy kamień na parkingu może być okazją do refleksji na temat sposobów kształtowania miejsca i warunków pracy? A może roli artysty w środowisku pracy?
Na łódzkiej Dąbrowie znalazłam się przypadkiem i nic o niej nie wiedziałam. Impulsem do napisania tego tekstu była refleksja o historiach peryferii miast, przedmieściach i międzymiastach – przestrzeniach, które wydają się być jej pozbawione. Renesans lokalności przywraca znaczenie nie-miejscom, sprawiając, że ich domniemana nie-miejscowość wynika głównie z braku wiedzy. W rzeczywistości stanowią ogromną składową naszej codzienności, a próba ich opisania równa się z próbą ich odzyskania. Ten tekst to próba opisania fragmentu historii jednego budynku w Dąbrowie i splotu tejże historii z ideami nowoczesności lat 70-tych. Polanil
Trudno o przypadkowego spacerowicza w przemysłowej części Dąbrowy – dzielnicy Łodzi, która tak jak została pomyślana, tak funkcjonuje: jako miejsce pracy, magazynów i hal produkcyjnych. Szerokie arterie, rzadka zabudowa i peryferyjne położenie nie zachęcają do zapuszczania się w te strony. Chyba, że kogoś interesuje architektura przemysłowa okresu gierkowskiego.
Przejeżdżając przez skrzyżowanie ulic gen. Jarosława Dąbrowskiego i Lodowej, uwagę przykuwa wielki kamień, który zdaje się unosić ponad dachami samochodów zaparkowanych przed głównym wejściem do niepozornie wyglądającego, niedawno odnowionego budynku biurowego. Po dłuższej inspekcji – być może po wyjściu na przystanku Dąbrowskiego-Lodowa i ominięciu robót drogowych – okazuje się, że wielki kamień to w istocie rzeźba o nieregularnym kształcie, w pierwszej chwili nasuwającym na myśl zaciśniętą pięść. W rzeczywistości jest to abstrakcyjna forma autorstwa Michała Gałkiewicza, mająca przypominać kłębek wełny — nawiązanie do Przędzalni Czesankowej Anilany „Polanil”, która mieściła się w tym miejscu.

Rzeźba Michała Gałkiewiecza przed „Polanilem”. Fot. Ada Świerżewska
„Polanil” powstał w 1973 roku jako część szerszego projektu modernizacyjnego Łodzi, wpisującego się w ogólnopolski, gierkowski program odbudowy gospodarki lat 70. Dąbrowa Przemysłowa była jedną z ośmiu planowanych wówczas dzielnic przemysłowo-magazynowych, które miały powstać na obrzeżach miasta, w bezpośrednim sąsiedztwie nowo budowanych osiedli mieszkaniowych. Modernizacja oparta była na inwestycjach budowlanych i przemysłowych finansowanych z kredytów zagranicznych, które miały ożywić polską gospodarkę po kryzysie przełomu dekad.
Za projekt i budowę osiedli mieszkaniowych na Dąbrowie, których centrum stanowi dziś Czerwony Rynek, odpowiadali mgr inż. Czesław Kaźmierski i mgr inż. arch. Bolesław Tatarkiewicz. Zgodnie z założeniem urbanistów, powstające tu osiedla komunalne miały obsługiwać pracowników kilku pobliskich zakładów przemysłowych jednocześnie – w tym właśnie Przędzalni „Polanil”. Sam zakład powstał jako część Zjednoczenia Przedsiębiorstw Wełniarskich, a za jego projekt i budowę odpowiadało Biuro Studiów i Projektów Przemysłu Włókienniczego w Łodzi. Zespół projektowy za projekt przędzalni otrzymał nagrodę I stopnia Ministra Budownictwa i Przemysłu Materiałów Budowlanych w 1974 roku.

Polanil. Fot. Ada Świerżewska
W szczytowym okresie działalności „Polanil” zatrudniał 2200 osób i według założeń miał produkować 4000 ton przędzy anilanowej rocznie. Koszt budowy i wyposażenia zakładów wyniósł 946 mln zł, a część kosztów miała być przeznaczona na osiedla mieszkaniowe i budynki rekreacyjne – basen i ośrodek wypoczynkowy.
Zakład składał się z dwóch zasadniczych części: budynku administracyjnego, stojącego frontem do skrzyżowania Dąbrowskiego i Lodowej, oraz betonowych hal produkcyjnych, ciągnących się wzdłuż ulicy Lodowej. Ten podział – reprezentacyjny, „miejski” front biurowy i rozległe, niskie hale produkcyjne w głębi działki – był typowy dla przemysłowej urbanistyki Dąbrowy i inspirował się amerykańskim stylem zakładów produkcyjnych, który znacząco odbiegał od tradycji budownictwa fabrycznego Łodzi. Wysokie budynki, których wielopiętrowość wynikała z jednego źródła napędzania, można było zastąpić rozległą, jednopiętrową halą, a prefabrykowane elementy konstrukcyjne przyspieszały pracę.
„Polanil” miał być fabryką pokazową. Hale produkcyjne wyposażono w klimatyzację, która miała podnieść standard warunków pracy. Łódzkie przędzalnie nie słynęły bowiem z dobrych warunków – wilgoć, pył, hałas i bardzo wysokie tempo narzucane przez plany produkcyjne sprawiały, że praca we włókniarstwie doprowadzały pracowników do wycieńczenia. Hole budynku administracyjnego urządzono z kolei na wzór teatralnych foyer, co wpisywało się w ambicję, by fabryka poza miejscem pracy stała się także wizytówką nowoczesności i przestrzenią reprezentacyjną.

Mozaika we wnętrzu Polanilu. Fot. Ada Świerżewska
Ten sam budynek administracyjny pełnił funkcję nie tylko biurową, ale i kulturalną. Mieściła się w nim biblioteka oraz sala widowiskowa na 200 osób, w której odbywały się przyjęcia okolicznościowe, wydarzenia kulturalne, a – jak wspomina córka jednej z kierowniczek zakładu – również dziecięce zabawy. Sala widowiskowa bywała bowiem zamieniana w salę zabaw dla dzieci pracowników i miejsce spotkań towarzyskich. Ta sama rozmówczyni wspomina też, że w rodzinnym domu zawsze pełno było włóczki, dzięki czemu nauczyła się robić na drutach.
Uroczystemu otwarciu przędzalni w 1973 roku towarzyszyło przemówienie sekretarza KC Jana Szydlaka, który podkreślał jakość i wysoki standard warunków pracy wpisanych w założenia „Polanilu”. Według relacji „Dziennika Łódzkiego”[zdjęcie], sekretarz w trakcie otwarcia zwrócił się bezpośrednio do pracowników, zaznaczając, że z wysokim standardem pracy wiąże się także odpowiedzialność wobec narodu. Zadaniem załogi – jak sugerował – było spłacenie długu społecznego oraz utrzymywanie produkcji na wysokim poziomie, a także „docenienie dobrych warunków w nowej fabryce”.
Można jedynie snuć domysły, jakie wrażenie słowa sekretarza robiły na łódzkich włókniarkach i czy wśród pracowniczek „Polanilu” znajdowały się te, które niespełna dwa lata wcześniej zatrzymały pracę fabryk, by dołączyć do strajkujących na Wybrzeżu przeciwko podwyżkom cen żywności.

Wnętrze Polanilu. Fot. Ada Świerżewska
Skalę problemów w ówczesnych zakładach produkcyjnych, wynikających z presji na wyrabianie planów dobrze oddaje jeden z ówczesnych postulatów strajkowych, mianowicie wprowadzenie przerwy śniadaniowej. Włókniarki jadły bowiem w biegu, nie przerywając nawet na chwilę pracy maszyn, a większość z nich – jak pisze Marta Madejska w książce „Aleja Włókniarek” — zaczynała zmianę z pustym żołądkiem, co prowadziło do licznych omdleń w trakcie pracy, a w niektórych przypadkach nawet śmierci.
Na tym tle innowacje w organizacji pracy miały prawdopodobnie podwójny cel: usprawnić produkcję, a jednocześnie poprawić realne warunki pracy i choć trochę złagodzić napięcia z początku dekady. „Polanil” był rzeczywiście miejscem eksperymentu – czy udanego, trudno ocenić. Artykuł w Dzienniku Łódzkim z 1978 roku zachwala innowacyjne metody organizacji pracy w „Polanilu”. Jedną z nich było powiązanie zasad samokontroli (cokolwiek to oznacza) z systemem płac. Innym – zobowiązanie pracowników do asystowania przy procesie reklamacji. Do nowości należał także pierwszy w mieście zakładowy gabinet jakości, kąciki jakości i rada dyrektora d.s. jakości, które miały rozwiązywać problemy produkcyjne i uczyć unikania najbardziej powszechnych błędów przy przędzeniu. W tym kontekście „Polanil” wydaje się laboratorium nowych form zarządzania pracownikiem. Innowacje w miejscu pracy nie były jednak w stanie zrekompensować pogłębiającego się kryzysu gospodarczego, który dał o sobie znać już w kolejnej dekadzie.
Przędzalnia „Polanil” była destynacją dla wycieczek delegacji krajowych, jak i zagranicznych. Delegaci wpisywali życzenia i podziękowania do pamiątkowej księgi gości, zachwalając sposób organizacji i gościnę. Wpis portugalskiej delegacji z sierpnia 1978 roku kończy się życzeniami: „wyrażamy przekonanie, że polska klasa robotnicza dopomoże narodom świata, aby w jej walce przeciwko nieprzyjacielowi jakim jest kapitalizm, zwyciężyć”.
Elementem, który miał symbolizować wejście „Polanilu” w nową erę gospodarczą, była obecność dzieł sztuki w przestrzeni pracy przemysłowej. Wspomniana już betonowa rzeźba Michała Gałkiewicza, wykonana z okazji otwarcia zakładu abstrakcyjną formą nawiązywała do kłębka wełny, którą sami robotnicy ochrzcili żartobliwie mianem „mózgu prezesa”.

Mozaika we wnętrzu Polanilu. Fot. Ada Świerżewska
Gałkiewicz zaprojektował dla „Polanilu” znacznie więcej. Poza monumentalną rzeźbą powstały także mniejsze formy ceramiczne — obłe donice w kształcie „połówki jajka”, wykonane z kamionki, materiału odpornego na mróz, z którego dawniej budowano koryta dla zwierząt. Co istotne, donice zaprojektowano celowo bez dna, tak aby nie gromadziła się w nich woda. Niestety nie zachowały się one do dziś – przynajmniej nie na terenie zakładu.
Trwalszy okazał się inny element wystroju: drugie piętro klatki schodowej budynku administracyjnego do dziś pokrywa monumentalna płaskorzeźba ceramiczna, złożona z wyłaniających się walców, ściętych pod różnym kątem. Jej szkliwiona, gładka powierzchnia wchodzi w subtelną grę ze światłem naturalnym wpadającym przez okno klatki schodowej. Na zewnętrznej ścianie dzisiejszego holu, a dawnej stołówki, zachowały się z kolei dwie kompozycje rzeźbiarskie Gałkiewicza, wykonane z ceramiki, biskwitu i miedzi.

Kompozycja Michała Gałkiewicza w „Polanilu”. Fot. Ada Świerżewska
Sam artysta podkreślał w jednym z wywiadów, że wszystkie formy zaprojektowane dla „Polanilu” miały charakter sztuki dekoracyjnej – a to pozwalało im, przynajmniej częściowo, opierać się ideologicznym tendencjom sztuki socjalistycznej. Jak ujął to sam Gałkiewicz: „Jak to się robiło pod nazwą »dekoracja«, to się nikt nie czepiał”.
Szerszy kontekst historyczny każe jednak spojrzeć na rolę sztuki w takich zakładach nieco inaczej, niż tylko przez pryzmat twórczej swobody artysty. Zakłady powstające w Łodzi w latach 70. miały realizować wizję nowoczesnego, innowacyjnego państwa socjalistycznego, a towarzyszące ich otwarciu dzieła sztuki i wydarzenia kulturalne miały tę modernistyczną narrację dodatkowo podkreślać. W założeniach przędzalnia miała stać się nowoczesnym, humanistycznym miejscem pracy, przenoszącym polski, socjalistyczny przemysł lekki w nową erę – a świadectwem tego miały być zarówno wysoki poziom automatyzacji, innowacje organizacyjne, jak i sama architektura zakładu.
Zdaniem badacza historii sztuki i zarządzania Marcina Laberschka, „mózg prezesa” można zaliczyć do nurtu rzeźby przemysłowej – czyli takiej, która stanowi rezultat ścisłej współpracy środowisk sztuki i przemysłu oraz jest powiązana, na przykład tematycznie lub lokalizacyjnie, z funkcjonowaniem określonego przedsiębiorstwa.
Taka współpraca między zakładami pracy a artystami miała zresztą swoje formalne umocowanie. W 1962 roku Centralna Rada Związków Zawodowych i Zarząd Główny Związku Polskich Artystów Plastyków zawarły porozumienie, na mocy którego zakłady pracy zobowiązywały się do nabywania dzieł sztuki i prezentowania ich w przyzakładowych galeriach oraz innych dostępnych przestrzeniach. Rozwój tej współpracy wiąże się też z rozpowszechnioną w Polsce lat 60. ideą humanizacji pracy, obejmującą odpowiednią aranżację materialnego środowiska pracy oraz podnoszenie kompetencji estetycznych i kulturalnych samych pracowników.

Dach hali przemysłowej w Polaniu. Fot. Ada Świerżewska
Architektura przemysłowa lat 70. bywa dziś oceniana surowo – co zrozumiałe, jeśli spojrzeć na standaryzację i spadek jakości materiałów, jakie niosła ze sobą epoka. Dekada ta była z jednej strony okresem zastrzyku zagranicznego kapitału, który umożliwił nowe inwestycje pokroju Dąbrowy Przemysłowej, z drugiej zaś — okresem postępującego uprzemysłowienia i technologizacji samej architektury. Architektura mieszkaniowa została w dużej mierze podporządkowana logice produkcji przemysłowej, a centralizacja decyzji i narzucone odgórnie tempo inwestycji sprawiały, że biura architektoniczne pracowały pod stałą presją czasu.
Na tym tle obiekty przemysłowe – podobnie jak budynki realizowane na zlecenie kościołów – cieszyły się jednak relatywnie większą niezależnością twórczą niż osiedla mieszkaniowe. Architektka i historyczka architektury Teresa Bardzińska-Bonenberg określa architekturę przemysłową tego okresu mianem „sfery wolności”. Prymat uprzemysłowienia dowartościowywał nowoczesne rozwiązania technologiczne, a finansowanie inwestycji – zwłaszcza zakup urządzeń – odbywało się z udziałem dotacji centralnych i resortowych w walutach wymienialnych, co otwierało drogę do wykorzystania zachodnich materiałów i rozwiązań konstrukcyjnych.
Porównując jednak same bryły hal produkcyjnych i budynku administracyjnego „Polanilu” z innymi zakładami tego okresu, trudno mówić w tym konkretnym przypadku o daleko posuniętej wolności architektonicznej. „Polanil” można uznać raczej za modelowy przykład zakładu produkcyjnego, realizujący politykę władz komunistycznych i realne możliwości gospodarcze lat 70. – solidny, funkcjonalny, ale niewykraczający poza konwencje epoki.
Innowacje organizacyjne i inwestycje w kulturę pracy nie zdołały w dłuższej perspektywie zrekompensować pogłębiającego się kryzysu gospodarczego PRL. W latach 80. „Polanil” nie wyrabiał już pełnej mocy produkcyjnej. W krótkim fragmencie kroniki filmowej z 1985 roku mowa o tym, że część maszyn w ogóle nie była obsługiwana, ze względu na braki kadrowe. W odpowiedzi na te trudności kierownictwo zakładu zdecydowało się przekształcić część pomieszczeń biurowych w hotel robotniczy, zapewniając w ten sposób nocleg nowozatrudnionym pracownikom.
Sytuacja poprawiła się jednak po transformacji ustrojowej. Według artykułu „Dziennika Łódzkiego” z 1997 roku, „Polanil” należał wówczas do nielicznych polskich przędzalni, które nie były zadłużone i nie planowały zwolnień. 30 lipca 1997 roku włoska firma Tollegno 1900 wygrała przetarg na budynek łódzkiej przędzalni i funkcjonuje w tych zakładach do dziś.
Budynek „Polanilu” przeszedł od tego czasu szereg remontów i modernizacji. Wiosną tego roku, w ramach gruntownego remontu, rozebrana została dawna sala widowiskowa: wyniesiono kinowe ławy, zdemontowano scenę, a boazerię zastąpiono tynkiem.

Kłębek wełny przed Polanilem. Fot. Ada Świerżewska
Zmianie uległa również elewacja budynku administracyjnego. Zdjęto z niej charakterystyczną dla budownictwa lat 60. i 70. ścianę kurtynową – lekką, pozbawioną funkcji konstrukcyjnych przegrodę z barwionego, półprzezroczystego, błyszczącego materiału, opartą na własnej konstrukcji rusztowej przylegającej do elewacji. W jej miejsce odsłonięto tynkową fasadę oraz wstęgowe okna, oplatające bryłę budynku. Warto podkreślić, że usunięcie ściany kurtynowej – choć znacząco wpływa na historyczny styl budynku – nie ma konsekwencji funkcjonalnych, ponieważ tego typu przegrody nigdy nie pełniły funkcji nośnej. Sama bryła budynku administracyjnego realizuje zresztą klasyczne założenia modernizmu: wstęgowe okna zapewniają wysokie naświetlenie pomieszczeń biurowych, a cofnięty parter dodaje bryle lekkości – choć w efekcie budynek nie wyróżnia się szczególnie na tle innych biurowców tej epoki.
Na dachu budynku administracyjnego zachowało się do dziś rusztowanie, na którym najprawdopodobniej wisiał niegdyś napis „Przędzalnia Czesankowa »Polanil«”.
Dziś w budynku administracyjnym mieści się Zakład Aktywizacji Zawodowej “Argenta” – szwalnia, która dzięki finansowaniu z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych zatrudnia osoby z niepełnosprawnością, zapewniając jednocześnie opiekę medyczną i wsparcie rehabilitacyjne. Główna szwalnia mieści się w dawnej sali widowiskowej, przy wejściu której nadal wiszą dwie kompozycje Gałkiewicza. Rzeźby i kompozycje, które przetrwały zmianę ustrojową stanowią dziś najbardziej autentyczny ślad specyficznej relacji między przemysłem a sztuką, jaka kształtowała się na przełomie lat 60. i 70. w polskiej architekturze przemysłowej. Relacja ta wydaje mi się dziś szczególnie ciekawa we współczesnym kontekście kwestionowania roli artysty w społeczeństwie i szukania modeli wspierających instytucjonalizację tego zawodu. A zaczęło się od kamienia.
Olga Turno – urodziła się w 2001 roku w Warszawie. Ukończyła studia z antropologii kultury i socjologii rozwoju na University of Amsterdam. Pisze o miastach.
Dowiedz się o nadchodzących wydarzeniach
i wystawach. Subskrybuj naszego newslettera
i bądź na bieżąco.