Ani jednego dnia bez kreski

Katarzyna Tośta

Łódź jako betonowy statek kosmiczny, czyli oddać blokom, to co cesarskie. Z Marcinem Prytem rozmawia Katarzyna Tośta.

Marcin Pryt aka Xylen Mazaki

Urodzony w 1971 roku w Łodzi autor tekstów dla zespołów 19 Wiosen, Tryp, 11, Niebiescy i Kutman, Sram, Maszynowa. W 2005 roku, w wydawnictwie Lampa i Iskra Bożaopublikował tomik „Szpital Heleny Wolf" ( zbiór tekstów z lat 1989-2005). Rysownik poemixów dla czasopisma „Lampa" (2008-2014). W 2025 nakładem wydawnictwa Nagle! Comics wyszedł jego komiks INICJACJA zawierający oprócz tytułowego dzieła kilka krótszych form komiksowych z lat 90. Twórca nieformalnej fundacji Kosmopolitania. Mieszka w Łodzi.

@prytmarcin

Opowiedz o Widzewie Twojego dzieciństwa, jak jego topografia i charakter wypłynął wpierw na Ciebie, a potem na treść Twojej twórczości?

Na Widzew, do punktowca, bloku 10-piętrowego na planie kwadratu, przeniosłem się ze strychu z ulicy Piotrkowskiej w wieku dziewięciu lat, gdzie od urodzenia mieszkałem z rodzicami i bratem. Dla całej naszej rodziny to był skok cywilizacyjny. Centralne ogrzewanie, trzy pokoje z kuchnią, a wszystko dzięki książeczce mieszkaniowej założonej przez dziadków i później oczekiwaniu przez dziesięć lat na przydział. Już jak przez mgłę pamiętam swoje dzieciństwo w centrum, ale jego kontynuacja na osiedlu Widzew to podstawa mojego mitu lat dziecinnych. Może też dlatego, że zbiegło się to z moim dojrzewaniem i dorastaniem.

Siłą rzeczy scenografią tych formacyjnych wydarzeń były widzewskie bloki, wiadukt, stadion Widzewa, EC 4, ulica Maszynowa, droga na Mileszki, gdzie można było wyjść z betonu w stronę jakiejś przyrody. Ponieważ nie przeniosłem się do nowej szkoły na Widzewie, w każdy dzień roboczy i także soboty (wtedy jeszcze chodziło się do szkoły w sobotę), dojeżdżałem komunikacją tramwajowo-autobusową do podstawówki w Parku Sienkiewicza, w ścisłym Śródmieściu, z pięć kilometrów od Widzewa. Pamiętam tę rytmikę przystanków, te same twarze wsiadające i wysiadające tam i z powrotem. To były podróże około 40-50 minutowe, a w czasach problemów z komunikacją nawet dłuższe, co często stawało się usprawiedliwieniem, kiedy z kolegami zbyt długo grałem w piłkę po szkole. 

Pamiętam niesamowity widok ogromu ludzi wracających (wtedy) ulicą Armii Czerwonej z przejazdu Papieża przy Uniontexie, Centralu i mszy na Lublinku. Szli do swoich bloków w jednym kierunku, jakby w jakimś filmie science fiction do Betonowego Statku Kosmicznego.

Z racji tego codziennego oscylowania między Centrum a Widzewem, nie rozumiałem, gdy moi koledzy z bloku chodzący do szkół na osiedlu, mówili, że jedziemy „do miasta” gdy jechaliśmy na Śródmieście. Dla mnie i Widzew, i Centrum było od dziecka jednym miastem: wielkim, rozmaitym, dziwnym, a teraz mogę też napisać, że przepięknym. 

Pamiętam też pierwsze wspólne społeczne przeżycia: strajki Solidarności, tłumy i cisza w dzień kiedy stanęły fabryki, pierwsze mistrzostwo Polski dla Widzewa (tu wizyty na stadionie na ostatnie kwadranse meczów, przepuszczany przez dziwnych bileterów w prochowych płaszczach). Marzyłem, żeby babcia uszyła mi na drutach czerwono-biało-czerwony szalik, ale moje babcie nigdy tego nie zrobiły. Szalik z kiosku pod stadionem, który, jeśli w ogóle był dostępny, i tak był poza moim zasięgiem finansowym, dlatego chodziłem z agrafką z drucikami czerwono-biało-czerwonymi i pierwszy raz w życiu dostałem w twarz za barwy od śródmiejskich wielbicieli innej drużyny w czwartej klasie podstawówki.

Piotrkowska 116 - Marcin Pryt

„Piotrkowska 116” Marcin Pryt

Pamiętam także, już nieco później, niesamowity widok ogromu ludzi wracających (wtedy) ulicą Armii Czerwonej z przejazdu Papieża przy Uniontexie, Centralu i mszy na Lublinku. Szli do swoich bloków w jednym kierunku, jakby w jakimś filmie science fiction do Betonowego Statku Kosmicznego. To było niesamowite, nigdy później nie widziałem takich tłumów na własne oczy. Myśląc teraz o tym wszystkim, to rzeczywiście krajobraz betonowy: bloki, te wszystkie geometryczne wariacje socrealistycznego budownictwa wielkiej płyty, pawilony, przychodnie zdrowia, hektary rozkopane ciężkim sprzętem, dźwigami, koparkami, pod budowę kolejnych bloków, osiedlowych ulic, ale też i promenady i nowe estakady. To było tło, które wryło się we mnie estetycznie i pozostało na zawsze. Stąd bloki w moich piosenkach, rysunkach i komiksach. Czułem podświadomie, że muszę tym kształtom pooddawać „co cesarskie”.

W zasadzie, z przerwą około trzy i pół roku na życie na squatcie i w wynajmowanym pokoju w kamienicy, to cały czas mieszkam w blokach. Właśnie mija 30 lat życia w trzypiętrowcu z początku lat 60. na Bałutach, w mieszkaniu odziedziczonym po dziadku. Kiedy jeszcze sam nie tworzyłem tekstów piosenek, wychwytywałem radiowe hity gdzie akcja rozgrywała się na  osiedlach z wielkiej płyty: „szklana pogoda szyby niebieskie od telewizorów”, „w domach z betonu nie ma wolnej miłości”, „beton beton blok blok”, „nie ma ciszy w bloku”. Na mojej dziecięcej wyobraźni zrobiły też wrażenie proste wiersze Mirona Białoszewskiego, z okresu kiedy przeniósł się do warszawskiego bloku. Rozumiałem je dosłownie i były idealną i bardziej atrakcyjną poezją niż Pan Tadeusz, poprzez trafne i aktualne opisy życia w aglomeracji złożonej z gigantycznych pomocy do nauki geometrii. 

Krajobraz betonowy: bloki, te wszystkie geometryczne wariacje socrealistycznego budownictwa wielkiej płyty, pawilony, przychodnie zdrowia, hektary rozkopane ciężkim sprzętem, dźwigami, koparkami, pod budowę kolejnych bloków, osiedlowych ulic, ale też i promenady i nowe estakady. To było tło, które wryło się we mnie estetycznie i pozostało na zawsze.

Największym trafieniem w samo sedno tego, co czułem z Widzewem i osiedlami było opowiadanie J.G. Ballarda Miasto koncentracyjne w zbiorze Ogród czasu wydanym w Polsce w 1983 roku. Mogłem je przeczytać na początku liceum i poruszyło mnie, bo idealnie oddawało wszystkie ówczesne marzenia i uczucia. Ballard stał się kimś bliskim. Wiedziałem, że choć przez pierwsze lata byłem uformowany z cegły starej śródmiejskiej kamienicy i perspektywy ciasnego podwórka, to moją podstawą jest beton, wielka płyta i kilometry ścian blokowych, a jednocześnie, jakby domyślna od samego początku, chęć wyrwania się z tego krajobrazu na otwartą przestrzeń. 

Dorastając i zdobywając świadomość, zacząłeś poznawać pozostałe części miasta.

Lubiłem podróżować po całej Łodzi, szukając właśnie otwartych przestrzeni. Podstawą były wypady na lotnisko Lublinek czy nielegalne spacery po terenach przemysłowych. Pamiętam praktyki związane z wagarami: jeździłem autobusami od krańcówki do krańcówki ze strachem, by nie zobaczył mnie nikt ze szkoły. Dzięki temu poznawałem najdalsze rejony Łodzi. 

Ani jednego dnia bez kreski – Marcin Pryt

„Lublinek” Marcin Pryt

Byłem, i chyba wciąż jestem paradoksalnie do swoich publicznych ról, dosyć wsobnym i dzikim człowiekiem. Uciekałem na tereny, gdzie mogłem spacerować wśród płyt, żelbetonu, rur w osamotnieniu. Kiedy poznałem środowisko punka okazało się, że jest kilku kolegów, którzy czują podobnie i jednocześnie słuchają innej niż w radiu muzyki. Zaczęliśmy spacerować razem w różne zakazane miejsca, zdewastowane, zdziczałe, zniszczone  transformacją po 1989 roku. Podróżowaliśmy po całym mieście. Odwiedzaliśmy przy okazji kolegów ze sprzętem hi-fi stereo, żeby przegrać jakąś płytę na kasetę, a że było nas kilku i nagrywanie trwało w czasie rzeczywistym, sprzyjało to rozwojowi komunikacji między nami, wielu wygłupom i rozmaitym przygodom po drodze. Potem wracałem na Widzew, często pieszo, te spacery mnie uspokajały, bo nie chciało mi się czekać na nocny autobus. Później powroty były już na pierwszych rowerach, np. marki „Ukraina” o intensywnym jasno cytrynowo-zielonym kolorze. 

Miałem w zasięgu ręki mnóstwo inspiracji. Nie mogłem z tych opcji nie skorzystać, mieszkając właśnie w Łodzi i w blokach (cha, cha). Miałem też marzenie, że kiedyś i taki ja napiszę czy wyrysuję coś z tego pokoju, w punktowcu na Widzewie.

Pamiętam Łódź pełną dymiących kominów, i taką dziwną wewnętrzną radość kiedy wracałem pociągiem z wakacji i widziałem zza okna ten „mój” krajobraz, zapach zimy i śniegu, który kojarzył mi się z czymś radosnym. Dopiero od kilku lat wiem, że to był i jest zapach smogu. Wtedy kiedy się tym cieszyłem, musiał być jeszcze bardziej intensywny niż teraz, a mnie kojarzył się z zabawą i zjeżdżaniem na sankach. Pod naszym blokiem była dosyć wysoka górka jak dla dzieci. Tata, patrząc na nią z wysokości naszego szóstego piętra rano w zimowe ferie czy niedziele, mówił na kłębiące się na śniegu dzieciaki „brojgle już są”. Nieco później zrozumiałem o co mu chodziło, kiedy trafił mi w ręce album Petera Bruegla. 

I jak przez lata zmieniało się Twoje postrzeganie całego miasta?  

W zasadzie to zmieniło się ostatnio. Przez to, że nie ma już w powszechnym zwyczaju odwiedzania się w domach prywatnych i życie towarzyskie rozgrywa się w lokalach, barach, klubach w Centrum, uświadomiłem sobie, że moje miasto codzienne to punkt A, czyli dom, z którego wyjeżdżam do pracy czyli punktu B, i z powrotem, plus wizyty na meczach Widzewa i do mamy za wiadukt na dawne Czerwone Osiedle. Czyli moje prywatne miasto Łódź to w zasadzie północno-zachodnie Bałuty, Centrum, Widzew-Wschód. Na Chojnach, Dąbrowie czy Retkini np. nie byłem kilka lat, częściej odwiedzam Berlin, Brighton czy Międzyzdroje niż Olechów. Choć tęsknię do nielegalnych spacerów po różnych strefach, dziś nie pozwala mi na to moja ograniczona sprawność fizyczna by móc uciekać – w razie czego – przed Panami Ochroniarzami. 

Często nie poznaję wielu miejsc i nie pamiętam co było w tych dawnych przestrzeniach, widząc nowe deweloperskie osiedla czy nowoczesne biurowe plomby. Są jednak i takie miejsca jak np. okolice Hali Górniak, gdzie zapuszczam się na spacery rowerem, i gdyby nie marki samochodów pędzące ulicami i czasem jakiś bardziej nowoczesny szyld na sklepiku z alkoholem czy jedna z miliona Żabek, to można się poczuć jak w latach 80. To niesamowite uczucie, jakby podróż w czasie, w trójwymiarze, w kolorze, bardzo poruszające i nie potrzeba absolutnie żadnych środków psychoaktywnych. Czasami korzystam sobie z takich terapeutycznych tras by wrócić do równowagi w połowie lat 20. XXI wieku.

„Droga na Mileszki” Marcin Pryt

„Droga na Mileszki” Marcin Pryt

Co sprawiło, że zacząłeś wyrażać siebie poprzez sztukę?

Na to pytanie mógłbym odpowiedzieć najprościej: WSZYSTKO. Byłem wychowany w domu pełnym książek, cudownych nośników potencjalnych odkryć fantastycznych światów. Miałem w zasięgu ręki mnóstwo inspiracji. Nie mogłem z tych opcji nie skorzystać, mieszkając właśnie w Łodzi i w blokach (cha, cha). Miałem też marzenie, że kiedyś i taki ja napiszę czy wyrysuję coś z tego pokoju, w punktowcu na Widzewie, gdzie przeczytałem po raz pierwszy najważniejsze dla mnie książki – Gargantuę i Pantagruela Rabelaisa, Próby Montaigne’a czy Kosmos Gombrowicza. Z tego marzenia wzięły się teksty, a potem piosenki dla punkowych projektów, które dzięki talentowi moich wszystkich kolegów z zespołów, otrzymywały drugie życie w stworzonych przez nich dźwiękach. Z tej fantasmagorii także zaczęło się rysowanie i do dziś to we mnie siedzi. Wiem, że będzie tak już do końca. W wieku pięćdziesięciu pięciu lat mam przekonanie, że nie muszę nic nikomu udowadniać, nic robić na siłę, dla kasy, dla przypodobania się, iść na jakieś kompromisy artystyczne czy towarzyskie. Cieszę się każdym dniem i nocą, i, jak mówi moja żona Monika, po prostu „zjawiskami”. Wierzę, że jeszcze coś nowego narysuję czy napiszę, że jeszcze piłka w grze, że ja też mam ten widzewski charakter i walczę do końca, aż w końcu dostanę „one way ticket” na drugą stronę tęczy. 

Wyjazd do Berlina był dla Ciebie przełomem. Gdzie w tym mieście znalazłeś swoje inspiracje?

Berlin był pierwszym zagranicznym miastem, które poznałem gdy mogłem mieć wreszcie paszport po upadku komuny. To był szok. Pod każdym względem. Wziąłem ze sobą tylko reklamówkę, w której miałem szczoteczkę do zębów i zapasową bieliznę.  Przyjechałem tam ze znajomymi na dwa dni i trafiłem na koncert jednej z ulubionych grup z nurtu hc punk – DISORDER (po wielu latach historia zatoczyła koło –  z zespołem 19 Wiosen graliśmy w Bristolu, rodzinnym mieście DISORDER, i Taf, ich gitarzysta, był obecny na naszym koncercie). Korzystaliśmy z gościny na berlińskim squacie. Wtedy zauważyłem na Kreuzbergu, na Oranienstrasse, księgarnię z komiksami „Modern Graphics” i kiedy koledzy szperali w sklepach z płytami czy chcieli sobie kupić modne martensy, ja w tzw. „czasie wolnym” tam zniknąłem. Od dziecka fascynowałem się komiksami, tą sztuką wyrażania się, czułem, że sam chciałbym robić coś w tym kierunku. Miałem parę razy w rękach zachodnie magazyny, ale nigdy wcześniej nie widziałem tylu ekstra komiksów z całego świata, w twardych oprawach, w rozmaitych stylach graficznych, kolorach i formatach. To było równie szokujące jak poziom cywilizacyjny życia jakie tam poznałem.

Ani jednego dnia bez kreski – Marcin Pryt

„Berlin lata 90.” Marcin Pryt

Z biegiem lat, z racji tego, że mnóstwo znajomych emigrowało z PL do Berlina, miałem szansę na darmowe noclegi. Pozwalało to na kilkudniowe, a parę razy i kilkutygodniowe, pobyty. Poznawałem wtedy Berlin na pożyczanych rowerach, błądziłem po ulicach, a punktami orientacyjnymi były dla mnie stacje metra. Odbywałem nocne spacery po przebudowywanym Berlinie, nielegalne penetracje po budowanym Potsdamer Platz, jakieś noclegi w biurowcach, które po latach okazywały się architektonicznymi perłami nowego Berlina. Oczywiście za każdym pobytem znikałem w tej księgarni z komiksami i spędzałem tam mnóstwo czasu, a co istotne, ta księgarnia działa w tym samym miejscu do dziś. Pamiętam też wizytę w berlińskiej bibliotece, to też był szok kulturowy. Tego typu biblioteki zaczęły w Polsce powstawać dopiero niedawno.

Fascynowało mnie berlińskie życie związane z punkiem i industrialem, już wtedy byłem wielbicielem Einsturzende Neubauten, więc Berlin dźwiękowo kojarzył mi się z tą estetyką. Byłem też świadkiem i uczestnikiem pierwszych imprez techno w klubach Tresor czy S036, kiedy to było niesamowicie świeże, undergroundowe i bardzo inspirujące. Chociaż Berlin znałem bardzo dobrze, teraz już zaciera mi się jego topografia. Bywam tam rzadziej, ale lubię to uczucie, gdy jestem tam znowu i coś kojarzę, że tu już chyba byłem, patrzę na szyld czy neon stacji metra i nagle coś mnie oświeca wewnętrznie i trafiam na czuja tam, gdzie mam dojść. Jak w jakimś powtarzającym się śnie, w którym się zna wszystkie zakamarki, ale pojawiają się nowe przejścia do następnych przygód.   

Z Twoimi utworami można zwiedzać nasze miasto, poczynając od „Szpitala Heleny Wolf” przez „Nożem uczył uczciwości” po „Kochanówkę”. Opowiedz o swoich projektach muzycznych oraz ważnych dla Ciebie miejscach, które znalazły odwzorowanie w Twojej sztuce.

Próbuję się wyrażać w ten sposób, by móc opowiadać o uniwersalnych rzeczach z poziomu realnie poznanego przez siebie świata. Czy się to udaje, nie wypada mi oceniać, cały czas jestem jeszcze w drodze i szukam coraz bardziej dokładnych narzędzi, słów, kresek. To ciężkie zadanie, ale je po prostu bardzo kocham. 

Cieszę się, że jest dla kogoś interesujący mój tekst czy piosenka projektów muzycznych 19 Wiosen, TRYP, 11, Niebiescy i Kutman, SRAM, Maszynowa. 

We wszystkich tych utworach rzeczywiście wychodziłem z jakiejś metaforycznej dzielnicy, jakiegoś bloku, jakiegoś podwórka czy przestrzeni znanej zwłaszcza mieszkańcom Łodzi, ale, tak jak wspomniałem wyżej, z intencją, by opowiedzieć historie i przygody kogoś w Kosmosie.

Pracuję teraz nad książeczką do płyty duetu Maszynowa Supernowa. Tam znajdzie się podsumowanie być może tego wszystkiego o co pytasz. Tytuł płyty i nazwa zespołu są egzemplifikacją mojej idei: „myśl kosmicznie: działaj lokalnie ale zawsze uniwersalnie”. Razem z Fagotem stworzyliśmy electropunkowy materiał, którego akcja rozgrywa się na terenach naszego rodzimego osiedla – bo z Fagotem poznaliśmy się właśnie na przystanku Maszynowa na Widzewie.

Dla projektu Niebiescy i Kutmnan, z drugim współzałożycielem 19 Wiosen Frankiem Wiczem, szukam inspiracji w faunie i florze miejskiej. To często zapis spotkań z istotami też żyjącymi w łódzkiej aglomeracji: z krukiem, wiewiórką, sikorką. Jestem wegetarianinem od 37 lat i lubię te interakcje w łódzkich parkach, gdy spotykają się nasze spojrzenia: moje i zwierzęcia, czyli w sumie zwierzęcia ze zwierzęciem: te nieme wymiany energii, obwąchiwania, obsrywania mojej czapki ze znakiem NASA przez gołębia. Pamiętam jeszcze konie pociągowe wiozące węgiel po Piotrkowskiej i moją fascynację gigantycznymi odchodami na chodniku i stukotem ciężkich kopyt. Mój brat jest lekarzem i to dzięki niemu mam chyba tę fiksacje na zwierzęta, rośliny, człowieka jako zestawu kostno-mięśniowego. Nie udało mi się niestety studiować medycyny, ale bratanek też został lekarzem i jestem szczęśliwy, że ten wątek będzie kontynuowany w naszej rodzinie.

Ani jednego dnia bez kreski – Marcin Pryt

„Konie przy A2” Marcin Pryt

Z Pawłem Cieślakiem mam plany na trzecią płytę duetu 11. Może nawet upłynie od ostatniej płyty więcej niż jedenaście lat, ale mamy cały czas kontakt i wiemy, że to powstanie sobie kiedyś na spokojnie. Też na poprzednich płytach wychodziłem ze wspomnień i skojarzeń z Łodzi ale tam wystrzeliwaliśmy się muzycznie i eksperymentalnie w Kosmos i prowadziliśmy walkę w ruchu oporu przeciw Cezarowi Zero.

W zespole TRYP płyta Kochanówka (2010) jest opowieścią o zamkniętym świecie w szpitalu dla obłąkanych, ale mam nadzieję, że też trochę o Arkham, Tworkach etc. Dzięki zbiórce pieniędzy i pomocy wielu przyjaciół w ramach spotkań z cyklu „Kosmopolitania”, powstał materialny artefakt jego historii w postaci tablicy upamiętniającej ofiary akcji T4 na murze szpitala przy ulicy Aleksandrowskiej. Odsłonięto ją w 2013 roku. Na Trypolis (2018) naszej drugiej płycie, akcja niekiedy rozgrywa się też na Bałuckim Rynku.  

Z Kubą Wandachowiczem kontynuuję pracę w projekcie SRAM. Nasz cały materiał grany w latach 2022-2025 był antyputinowski. Wyobrażałem sobie, wykonując swoją robotę wokalno-tekstową do elektroniki Kuby, że w ten sposób wspieramy działania Ukrainy, nakręcając siebie i publiczność do postawy nie nadstawiania drugiego policzka, braku uległości wobec zwyrolstwa imperium rosyjskiej federacji i po prostu nie bania się tzw. mgły wojennej, bo naszym strachem właśnie karmią się tamci zwyrole. Życiowe przeszkody i brak zaproszeń poza Łódź trochę przyhamowały naszą aktywność i postanowiłem kontynuować wspieranie Ukrainy innymi metodami. Myślę teraz o nowych słowach pod zupełnie inny i nowy materiał SRAM do super dynamicznych i motorycznych elektronicznych ścieżek Kuby. Było też kilka tekstów, gdzie np. opisywałem obserwowane Ukrainki, będące żałobie, z małymi dziećmi na placu zabaw w łódzkim parku Poniatowskiego,

Ani jednego dnia bez kreski – Marcin Pryt

„Ukrainki w parku” Marcin Pryt

„Miasto, masa, maszyna” to słynne hasło-manifest Tadeusza Peipera z lat 20. XX wieku, będące fundamentem programu Awangardy Krakowskiej, choć dla mnie dużo większe odbicie ma w Twojej twórczości. Czy jesteś skłonny zgodzić się ze mną, czy masz inne motto, które prześwieca przez Twoje działania artystyczne?

Interesowałem się od dziecka kosmosem, jestem z pokolenia serialu Kosmos 1999”, Mirosława Hermaszewskiego, programu wahadłowców, gdzie wydawało się, że w ‘99 roku będzie się już podróżowało dalej niż nawet na Księżyc. Byłem zauroczony wizualnie abstrakcją techniki kosmicznej, fascynowały mnie rakiety, skafandry, samoloty doświadczalne. Naturalnie, więc z biegiem lat przyswajałem opisy rzeczywistości bardziej współczesne, więc futuryzm i w poezji i sztuce nie był mi obcy, zwłaszcza włoska aeropittura lat 20. przyciągała moją uwagę. Gdybym mógł w następnym życiu wybrać i zamiast być np. niesporczakiem (ach! Oby chociaż to!), poprosiłbym o zestaw bio-umysłowy, by zostać astronautą, ale wiadomo… Może więc wtedy być to „Miasto, NASA, maszyna”.

Moje życiowe motta zmieniały się często z każdymi artystycznymi przygodami czy fascynacjami ideami czy czyjąś twórczością. Pamiętam jak spodobał mi się film Dereka Jarmana „Caravaggio” i chciałem żyć jak Caravaggio i mieć nóż z grawerem „Nec spe nec metu” (łac. bez złudzeń i bez strachu) i oczywiście tak pięknie malować. Niedawno kupiłem sobie scyzoryk i jak zarobię trochę zbędnych pieniędzy, oddam do grawerunku właśnie tę sentencję, która jest mi cały czas bliska. 

Interesowałem się od dziecka kosmosem, jestem z pokolenia serialu Kosmos 1999”, Mirosława Hermaszewskiego, programu wahadłowców, gdzie wydawało się, że w ‘99 roku będzie się już podróżowało dalej niż nawet na Księżyc. Byłem zauroczony wizualnie abstrakcją techniki kosmicznej, fascynowały mnie rakiety, skafandry, samoloty doświadczalne.

Lubię też, wracając do Kosmosu, ten styl nazywania programów kosmicznych (APOLLO, ARTEMIS, CONSTELLATION) opatrzonych patetycznymi propagandowymi sentencjami czy cytatami jak „Failure is not an option” etc. Często przerabiam je na swoją modłę i zapisuję w kalendarzu, by mieć siłę i motywację na kolejne tygodnie zmagań z rzeczywistością. Tworzę wtedy w kontrze do NASA jakąś swoją organizację kosmiczną (COSMOPOLITAN AERONAUTICS AND SELF PURIFICATION) i wymyślam własne podróże międzygwiezdne opatrując hasłami z japońskich haiku czy akronimem z komiksów z Tytusem PROGRAM CSCTWGJWSO („cześć skubańcy co tak wytrzeszczacie gały jakby wam szajba odbiła”) i już mi lepiej. Mam też rodzaj znaku-motta – Czarny Kwadrat Malewicza wytatuowany na ręce. To są dla mnie punkty odniesienia, które pozwalają mi funkcjonować w każdym kolejnym dniu.

Teraz wszystko skumulowało się dzięki Krzysztofowi Ostrowskiemu, jego inicjatywie i wydaniu w NAGLE!COMICS „Inicjacji” – antologii moich komiksów sprzed 30 lat we wrześniu 2025. Skrystalizowało się przy tym najważniejsze istotne życiowe motto: „Ani jednego dnia bez kreski”, bo Krzysiek zamówił u mnie kolejny komiks i muszę się wyrobić. Przypomniało mi jak mama mówiła, gdy uczyła mnie czytać, że „dzień bez książki to dzień stracony”. Tak więc jak widzisz, nakręcam się rozmaitymi przeróbkami mądrych sentencji od starożytnych Greków do np. ostatnio usłyszanych w fejsbukowej rolce słów idola moich lat widzewskich Zbigniewa Bońka, że „przeciwnik nie może widzieć, że coś cię boli”. 

Ani jednego dnia bez kreski – Marcin Pryt

„Widzew 1979-80” Marcin Pryt

Chciałabym wykorzystać naszą rozmowę, byś przypomniał o, mimo wszystko mało znanym nawet w Łodzi, zespole Śliwki i oczywiście o jego powiązaniach artystycznych z Tobą.

Zespół Śliwki to łódzka grupa grająca w latach 1964–1968 w Łodzi. Członkowie grupy spotykali się na próbach w łódzkim TSKŻ (Towarzystwo Społeczno Kulturalne Żydów w Polsce), większość zespołu miała korzenie żydowskie i musiała opuścić Polskę po marcu 1968 roku. Mój nieżyjący ojciec był ich kolegą. Wspólnie spotykali się na granie i różne młodzieńcze przygody. Tata wymyślił nazwę grupy, lecz w momencie bardziej profesjonalnej aktywności zespołu, występach na wielu bigbitowych i pączkujących wtedy rock’and’rollowych koncertach, już nie był w składzie. Po marcowych wydarzeniach, ojciec został w Polsce i jego marzenia o muzyce zostały podcięte przez prozę życia. Przez wiele lat odwiedzali go koledzy ze Śliwek, kończyło się to zawsze smutnym wspominaniem przeszłości przy wysokoprocentowych płynach. 

Jako dziecko myślałem, że Śliwki to zespół, w którym tata pozostawił swój ślad na nagraniach, które może gdzieś istnieją. Potem to się wyjaśniło dzięki założeniu strony na Facebooku i spotkaniu z Rickardem Rozenbergiem i Jerzym Tworkiewiczem – członkami regularnego, koncertowego składu. Ku mojej radości potwierdzili, że tata wymyślił nazwę i grał z nimi na początku, dopowiadali jeszcze wiele szczegółów i strona stała się skarbnicą wiedzy o tym zespole. Powstały różne przedsięwzięcia: między innymi fotosy i wzmianki w interaktywnych aplikacjach o Śliwkach w Muzeum Polin; spotkanie z panem Rickardem Rozenbergiem na warszawskim Festiwalu Singera, tam kilka coverów zagrała Ania Rusowicz; spektakl w łódzkim Teatrze Nowym „1968/Biegnij mała biegnij” w reżyserii Remigiusza Brzyka, w którym na żywo grano piosenki Śliwek. Byliśmy z całą rodziną na premierze, i bardzo się wzruszyliśmy gdy aktorzy, opowiadając przy okazji wydarzeń 1968 roku historię Śliwek, wspomnieli nazwisko taty. 

Dzięki wieloletniemu koleżeństwu i wspólnej aktywności z Grzegorzem Fajngoldem, aka Fagotem z 19 Wiosen, udało się i mnie dołożyć, oprócz prowadzenia strony w sieci, coś do kontynuowania dziedzictwa Śliwek. Otrzymaliśmy propozycję zagrania piosenek Śliwek na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Grodzisku Mazowieckim w sierpniu 2024 i wystąpiliśmy z recitalem w aranżacjach Fagota w stylu electro-synthpunk. To były dla mnie osobiście bardzo przejmujące przeżycia, zwłaszcza koncert w łódzkiej Gminie Żydowskiej na Chanuce. Nigdy tego nie zapomnę i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Mam nadzieję, że pamięć o Śliwkach w Łodzi i Polsce już nigdy nie zaniknie. 

Również jesteś wydawcą zinów. Pierwszy „Striptiz” ukazał się w 1993, a trzeci w 2025. Jak do tego doszło do powstania tych publikacji i czym różniła się praca nad kolejnymi numerami?

Komiksy to moja pasja. Fascynując się w dzieciństwie przygodami Tytusa, ujmowała mnie wyobraźnia i wolność plastyczna Tadeusza Baranowskiego. Księgi Papcia Chmiela były wtedy trudno dostępne i pojedyncze egzemplarze, przez brak wznowień, krążyły jak relikwie. To były pierwsze uderzenia gorąca w mojej głowie. Pamiętam gdy w jakiejś ciężkiej chorobie nie miałem siły czytać, ale rozłożyłem na podłodze wszystkie okładki Kapitana Żbika i wpatrywałem się w nie w gorączkowej malignie. Ostatnim obrazem przed snem była okładka St. Marie wychodzi w morze. Potem pojawiły się komiksy dla dorosłych i wreszcie komiksy undergroundowe poznane w Berlinie, te zaangażowane, od twórców z Nowego Yorku z czasopisma WORLD WAR 3 ILLUSTRATED (Seth Tobocman, Peter Kuper, Eric Drooker, Sue Coe) czy genialne magazyny RAW redagowane przez Arta Spiegelmana z czołówką klasycznych dziś twórców, takich jak Charles Burns, Chris Ware, Joost Swarte. To wszystko zbudowało mój świat fascynacji i inspirowało do tworzenia swoich niezdarnych rysunków. Wiedziałem, że wszystko co tworzę jest ważne i moje pierwsze komiksy także są dla mnie wyjątkowe. Tworzyłem zgodnie z duchem punkowego DIY (Do It Yourself), z szacunkiem do Czarnych bluesmanów z delty Missisipi, jazzmanów free jazzu i pamiętając o absolutnie genialnym podejścia do  tworzenia:  „one – two – three” Ramones.

Komiksy to moja pasja. Fascynując się w dzieciństwie przygodami Tytusa, ujmowała mnie wyobraźnia i wolność plastyczna Tadeusza Baranowskiego. Księgi Papcia Chmiela były wtedy trudno dostępne i pojedyncze egzemplarze, przez brak wznowień, krążyły jak relikwie. To były pierwsze uderzenia gorąca w mojej głowie.

Założyłem zine STRIPTIZ w 1993 roku. Pierwszy numer składał się z przedruków z prasy zagranicznej – oczywiście bez zgody autorów i wydawców – wszystko na kiepskim xero. W nakładzie było maksymalnie 50 do 100 sztuk, ale to się szybko rozchodziło i sprzedawało po kosztach odbitek na koncertach hc punk. W numerze pierwszym, który okrasiłem jakimś komiksem swojego autorstwa, były też miniaturki Anny Bursztyn i komiks Fagota (ówcześnie współtworzących zespół 19 Wiosen), które ręcznie kolorowaliśmy w moim pokoju na squatcie, gdzie wtedy mieszkałem. 

Ani jednego dnia bez kreski – Marcin Pryt

„Sieć sprzedaży PRASA – KSIĄŻKA – STRIPTIZ zaprasza!” Marcin Pryt, 2025

Drugi numer miał być bardziej profesjonalny i składać się tylko z oryginalnych plansz własnych lub plansz znajomych. Pojawiły się w tym numerze prace Fagota, Piotra Łozińskiego, Andrzeja Gagza, Anny Bursztyn, Pały, Franka i moje. Postanowiliśmy to wydać w drukarni na offsecie. Żeby zebrać na to środki, zorganizowaliśmy projekcję filmu „Fresh” (z hip hopową muzyką zdobywającą wtedy maksymalną popularność). Kolega Zbigniew miał kontakty i ułatwił nam to zadanie. Do kina przyszła cała załoga punk, ale też mnóstwo innych dzieciaków. Mieliśmy dużo kasy z biletów, ale i tak trzeba było trochę jeszcze uzbierać. W końcu się jednak udało i na Festiwalu Komiksu (wtedy Ogólnopolski Konwent Twórców Komiksu) w ŁDK w 1995 roku można było kupić drugi numer SRTIPTIZU. W świecie jeszcze przed internetem, nie pamiętam już czy był jakiś oddźwięk w sensie recenzji, reakcji, wymiany myśli w prasie komiksowej. Nakład 500 sztuk sprzedawał się kilka lat. Popełniłem błąd nie wprowadzając tam żadnego wstępu, ani informacji, STRIPTIZ nr 2 składał się tylko z rysunków i jednej spisanej przez Franka Wicza historii, w związku z tym mógł być bardzo niekomunikatywny. Wtedy, mając 24 lata, myślałem, że zostaniemy zrozumiani przez sam styl i przekaz obrazkowy. Absolutna cisza, która była jakimś sygnałem, spowodowała, że STRIPTIZ nr 3 ukazał się dopiero po 30 latach, wiosną 2025 roku. Numer 3 powstał w wyniku refleksji po zawieszeniu działalności zespołu 19 Wiosen. Postanowiłem wrócić do własnych korzeni, czyli do rysowania komiksów i jednocześnie pokazywania prac przyjaciół, znajomych i nowo poznanych osób. To mi przyświecało, kiedy rozesłałem zaproszenia do wielu artystów. Odzew był wspaniały. Byłem poruszony, a materiału miałem na dwa numery. Niestety problemy ze zdrowiem przyhamowały moje działania i na razie wyszedł numer 3, a numer 4 wyjdzie dopiero po roku, mam nadzieję, że na 37. Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi w 2026 roku. Warto dodać, że wszystkie autorki i autorzy, których prace znalazły się w numerze trzecim i będą w czwartym, zgodzili się na udział w tym przedsięwzięciu bez żadnego honorarium. To dla mnie bardzo poruszające i jestem bardzo wdzięczny, że w dzisiejszym świecie jeszcze istnieją takie odruchy i można działać w ten sposób. Bardzo chciałbym kiedyś wydawać STRIPTIZ tak, żeby móc się z tego utrzymać i przede wszystkim płacić wszystkim współtwórcom godne pieniądze, ale to chyba znów jest plan już na kolejne okienko biologiczne w dalekiej przyszłości planety Ziemia, dla jakiejś zmutowanej inkarnacji mojej postaci. 

 


Katarzyna Tośta – kreatorka kultury. Współtworzy Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi. Zorganizowała wiele wystaw rodzimego komiksu, również zagranicznych. Producentka licznych komiksów wchodzących w skład projektów kulturalnych jej pomysłu, w tym również albumu Edelman. Stworzyła ideę i koncepcję artystyczną projektu Dzieci Bałut – murale pamięci. Kontynuacją tych działań była publikacja komiksów Ważny był tylko numer z rysunkami Łukasza Godlewskiego i Chciałbym zapomnieć narysowany przez Annę Krztoń, a za chwilę adaptacji Dziennika Dawida Sierakowiaka spod piórka Michała Arkusińskiego. 

Zobacz również

Instagram

Skontaktuj się z nami!

    WybierzEdukacjaWizytaInny


    WybierzEdukacjaWizytaInny

    Newsletter

    Dowiedz się o nadchodzących wydarzeniach
    i wystawach. Subskrybuj naszego newslettera
    i bądź na bieżąco.