Kroniki i mikrofony. Nasłuchiwanie getta

Bartosz Nowicki

Wilgotna, przywiędła jesień 2021. Zabrałem rekorder, wsiadłem na rower i ruszyłem nagrywać. Bez planu i bez oczekiwań. Wybrałem Bałuty, bo mało o nich wiedziałem. Najwięcej chyba o tym, żeby mieć oczy dookoła głowy.

Wsłuchując się w szmer suchych liści, kłębiących się pomiędzy ścianami Pomnika Polaków Ratujących Żydów w Parku Ocalałych, zdałem sobie sprawę, że prawie nic nie wiem o getcie ani o tym, jak ono brzmiało. Tak rozpoczęło się moje nasłuchiwanie Bałut i ich trudnej historii.

SPACER I

Ustawiam mikrofon w pobliżu kamienicy przy Starym Rynku. W słuchawki wlewa się miejski, samochodowy burdon wzmocniony pogłosem długiego betonowego korytarza podcieni. Omiatam wzrokiem pierzeje rynku, ale moje myśli podążają w kierunku tego, czego w krajobrazie Starego Miasta już nie ma. Okazałej synagogi Alte Szil przy ul. Wolborskiej, którą naziści spalili 11 listopada 1939 roku. Targu rybnego, od którego pochodzi nazwa Park Śledzia – potoczne określenie Parku Staromiejskiego, czy kwartału kamienic wyburzonych w 1941 roku w celu utworzenia strzeżonej strefy buforowej między gettem a resztą miasta. Próbuję wyobrazić sobie głosy przedwojennych targowych nawoływań w jidysz i późniejszy huk gettowych chodaków wspinających się po drewnianych schodach mostu przy Podrzecznej, który łączył wschodnią i zachodnią część Litzmannstadt Ghetto, przedzielonego bruzdą wyłączonej z użytkowania ulicy Zgierskiej. Jak podaje Biuletyn Kroniki Codziennej z dni 26–28 grudnia 1941, to strome przejście – będące jedną z form stopniowego wyniszczania społeczności żydowskiej – pokonywały w ciągu godziny cztery tysiące przechodniów. Czy potrafię wyobrazić sobie grzmot ośmiu tysięcy umęczonych stóp, odzianych w drewnianą imitację butów, jeden z najbardziej charakterystycznych odgłosów getta? Czy można usłyszeć echo dźwięku wybrzmiałego ponad osiemdziesiąt lat wcześniej? Czy ściany bałuckich i staromiejskich kamienic nadal przekazują między sobą radości i troski żydowskich mieszkańców dzielnicy? Uświadamiam sobie, że moje nasłuchiwanie getta będzie miało w sobie coś z seansu spirytystycznego.

Ulica Wolborska, widok na miejsce, w którym stała Alte Szil. Fot. Ada Świerżewska

Ulica Wolborska, widok na miejsce, w którym stała Alte Szil. Fot. Ada Świerżewska

Idea nasłuchiwania duchów to wynik inspiracji książką Valerii Luiselli Archiwum zagubionych dzieci o kryzysie migracyjnym na meksykańsko-amerykańskiej granicy. Jeden z pobocznych wątków tej powieści opowiada o realizacji dźwiękowego projektu badawczego poświęconego społeczności Apaczów. Mąż narratorki i głównej bohaterki, fieldrekordysta i „dokumentarzysta” zainspirowany akustemologicznymi koncepcjami amerykańskiego antropologa Stevena Felda, podejmuje próbę zarejestrowania dźwiękowych śladów (nie)obecności rdzennych mieszkańców Nowego Meksyku, wysiedlonych przez kolonialistów w drugiej połowie XIX wieku. Artysta wsłuchuje się w otoczenie – traktuje usłyszane i zarejestrowane odgłosy jako echa dawnej społeczności. W śpiewie ptaków, szumie wiatru czy szmerze pustynnego piasku próbuje odnaleźć ślad nieobecnych.

Aleja w Parku Śledzia. W jej miejscu znajdowała się kiedyś ulica Nad Łódką, którą otaczały kamienice. Tu przed wojną kupowało się śledzie. Fot. Ada Świerżewska

Aleja w Parku Śledzia. W jej miejscu znajdowała się kiedyś ulica Nad Łódką, którą otaczały kamienice. Tu przed wojną kupowało się śledzie. Fot. Ada Świerżewska

Moje pierwsze spacery po Bałutach zdominowała zatem potrzeba nasłuchiwania duchów i ech przeszłości. Próbowałem usłyszeć je w dźwiękach prześlizgujących się po zaułkach i zakamarkach ulic, kłębiących się na wytartych brukach i ścieżkach, wśród krzykliwych podwórek i milczących placów, w wypukłościach kamienic, które od dekad strzegą wciąż tych samych lokalizacji, w ich zużytych trzewiach i szczelinach świszczących przeciągiem.

SPACER II

Gdyby nie kocie łby na ulicy Żytniej, nie usłyszałbym zbliżającej się furgonetki z napędem elektrycznym. Obecność wiekowej nawierzchni przy akompaniamencie cichego, futurystycznego pomruku auta w scenerii wyrosłego niedawno po sąsiedzku kompleksu nowoczesnych, deweloperskich inwestycji mieszkaniowo-usługowych to jeden z charakterystycznych bałuckich kontrastów. Przykład zmieniającej się tożsamości dzielnicy i zauważalnych mechanizmów gentryfikacyjnych, zachodzących w jej społecznej, ekonomicznej czy architektonicznej tkance.

Ulica Żytnia. Fot. Ada Świerżewska

Ulica Żytnia. Fot. Ada Świerżewska

Mimo że to niemal centrum miasta, w rześki, wiosenny poranek można tu zastać subtelny, zaspany pejzaż dźwiękowy. Podobnie na nieodległych ulicach Piwnej i Rybnej, położonych w sąsiedztwie starego żydowskiego cmentarza, o którego (nie)obecności uprzedza ukryta między garażami tablica informacyjna oraz chrapliwe skrzeczenie gawrona. Dalej uszy prowadzą mnie w stronę ulicy Wrocławskiej, skąd dobiegają rozmyte tony pianina. Zatrzymuję się pod gmachem szkoły baletowej, gdzie z uchylonych okien wypływają i mieszają się że sobą melodie i komendy targane podmuchami wiatru. Słychać nazwy kolejnych ćwiczeń wydawane dyscyplinującym, lecz nieco znudzony tonem: „En place! Pliés! Jetés! Frappés! Sautés!”. W pewnym momencie donośnie rozbrzmiewa zagrana z werwą Prząśniczka. Po chwili jej takty rozrywa i mieli w bolesnym burdonie przejeżdżający ulicą samochód ze stuningowanym wydechem.

Ogólnokształcąca Szkoła Baletowa im. Feliksa Parnella. Fot. Ada Świerżewska

Ogólnokształcąca Szkoła Baletowa im. Feliksa Parnella przy ulicy Wrocławskiej. Fot. Ada Świerżewska

Trochę potrwało, zanim oswoiłem nieco bałuckie rewiry – śmielej zapuszczałem się poza główne arterie, skracałem sobie drogę przez bramy, podwórka, komórki, sekretne przejścia i wydeptane dawno ścieżki, intuicyjnie organizujące przestrzeń dzielnicy. Pierwsze spacery odbywałem jednak zgodnie ze wskazówką zawartą w tytule zbioru reportaży Oskara Singera: Przemierzając szybkim krokiem getto….

W tekstach tego austriackiego dziennikarza, który III praskim transportem został w 1941 roku wsiedlony do getta, frapuje nie tylko jego przenikliwa analiza kulturowych kontrastów między Żydami wschodnio- i zachodnioeuropejskimi oraz tragedii, którą była ich nieudana asymilacja w Litzmannstadt Ghetto. Kronikarz przekonująco oddaje również niespotykaną zaradność więźniów getta w sytuacji permanentnego braku zaopatrzenia, środków produkcji czy narzędzi. Jednak szczególnie poruszające dla badacza śledzącego wątki dźwiękowe w literaturze gettowej są u Singera opisy spożywania posiłków w resortowych stołówkach i publicznych kuchniach, którym często towarzyszy nabożna cisza. „Przychodzimy do fabryki akurat w porze obiadowej. Jedna zmiana robotników przynosi sobie właśnie zupę. Zauważamy, że jest bardzo cicho. Wiemy, że to rzadkość w getcie”.

SPACER III

Gdyby chcieć na mapie Litzmannstadt Ghetto wskazać strefy głodu, trzeba by zaznaczyć ją całą. Może z wyjątkiem mieszkań i gabinetów „szyszek” (uprzywilejowanej kasty urzędników, lekarzy, farmaceutów, funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa, słowem: zaufanej świty prezesa Rumkowskiego), w których niejednokrotnie odbywały się wystawne rauty. Wyłączyć z niej trzeba by również „wiejski” Marysin, gdzie szczęściarze byli wysyłani na turnusy dożywiające. Poza tymi wyjątkami głód pozostawał wszechobecnym mechanizmem represjonowania więźniów, a ciche odgłosy głodowe – dominującą sygnaturą dźwiękową getta. W uzmysłowieniu sobie akustycznej emanacji panującego tam głodu pomaga mi hiperbola, że gdyby usłyszeć w jednym momencie wszystkie burczące brzuchy, ich pomruk byłby donośny niczym grzmot nawałnicy. Jednak dźwięki głodowe to dźwięki ze wszech miar prywatne, wstydliwie ukrywane w boleśnie doświadczanych ciałach. To bulgoty, szumy, przelewania wywołane zwiększonymi skurczami i ruchami jelit oraz będące efektem pracy pustego żołądka próbującego trawić powietrze i płyny. Ich stłumione wibracje, mlaśnięcia, beknięcia, wzmacniane pogłosem kości i rozciągniętej na nich niczym membrana skóry, to uwertura Zagłady.

Bałucki Rynek. W okresie istnienia Litzmannstadt Getto tym miejscu mieścił się punkt wydawania żywności. Fot. Ada Świerżewska

Bałucki Rynek. W okresie istnienia Litzmannstadt Getto tym miejscu mieścił się punkt wydawania żywności. Fot. Ada Świerżewska

Fonosfera głodowania jest jednak o wiele szersza i donośniejsza niż to, co wewnątrz swoich klepsydrowatych ciał słyszeli więźniowie Litzmannstadt Ghetto. To także odgłosy kolejek do gettowych kuchni i punktów dystrybucji jedzenia, w których dominował brutalny, odarty z człowieczeństwa instynkt przetrwania, mierzony twardością łokci i szerokością barków. To również dźwięki metalowych menażek i łyżek, wydrapujących z dna ostatnie krople wodnistej brei zwanej gettową zupą. To także odgłosy szaleństwa, do jakiego może doprowadzić człowieka długotrwały, niezaspokajalny głód. Upiorną kroniką gettowego głodu jest Dziennik z getta łódzkiego Irene Hauser. W jej relacjach forma opisów głodu oddaje szerokie spektrum jego dotkliwości. Począwszy od poetyckich metafor („Mój żołądek i brzuch śpiewa”), przez chłodne obserwacje („Dzieci bawią się na podwórkach, żeby zapomnieć o głodzie”), bolesne wyznania („Moje dziecko głoduje tak grzecznie, a ja płaczę tak cicho i nie wiem już co mam począć”), po opisy pełne dramatyzmu („Tej nocy ludzie godzinami strasznie wyli. Teraz godzina siódma i nadal to trwa. Tak wygląda koniec, taśmowe zdychanie”). Irene Hauser wraz ze swoim sześcioletnim synem Erichem zostali wysiedleni z getta w czasie Wielkiej Szpery. Zginęli zagazowani w obozie zagłady w Chełmnie nad Nerem w 1942 roku.

Mam nadzieję, że na Bałutach nie słychać już głodowego lamentu. Gdy przechadzam się w godzinach obiadowych w okolicach szkół i przedszkoli, słyszę liczne wcielenia sytości: odgłosy spożywania i przygotowywania posiłków, brzęk sztućców i porcelanowych talerzy, kuchenny zamęt, odgłosy krojenia i tarcia, bulgot gotowania i skwierk smażenia czy niepodrabialny ambient stołówki (podobny do brzęczenia pszczół w ulu).

SPACER IV

W sprzyjających okolicznościach, gdyby nasze biografie miały szansę przeciąć się w czasie, moglibyśmy być niemal sąsiadami. Przecięły się jedynie nasze życiowe topografie. Zaledwie kilka minut pieszo zajmuje mi bowiem dotarcie do przedwojennego mieszkania Dawida Sierakowiaka, mieszczącego się na zusowskim osiedlu przy ul. Sanockiej 22 w Łodzi. To tam w 1939 zastaje go wybuch wojny i w tamtejszych bunkrach ukrywa się przed niemieckimi nalotami.

Dziś niedaleko stamtąd również do przystanku, na którym oczekuję na autobus linii 57. Przede mną ponad pół godziny mozolnej jazdy z Górnej, przez Śródmieście, aż do docelowego miejsca dźwiękowego spaceru, a jednocześnie ostatniego przystanku w życiorysie Dawida. Rozklekotane 57 przekracza historyczną granicę getta i zatrzymuje się na przystanku na żądanie. Z rzężącego głośnika dobiega obojętny głos lektora informującego o przebiegu trasy: „Sporna – Bracka. Cmentarz żydowski”.

Ulica Spacerowa. Widok na kamienicę w której mieszkał Dawid Sierakowiak (po lewej) oraz mural z cyrku "Dzieci Bałut" przedstawiający Dawida (chłopiec po prawej). Fot. Ada Świerżewska

Widok na ul. Spacerową, przy której w gettcie mieszkał Dawid Sierakowiak z rodziną oraz mural z cyrku „Dzieci Bałut” przedstawiający Dawida (chłopiec po prawej). Fot. Ada Świerżewska

Strona lewa, kwatera I, nr grobu 25b. Od 1943 to ostateczny adres Dawida. Wpatruję się w skromną, powojenną macewę na grobie dziewiętnastolatka, wsłuchując jednocześnie w ledwo słyszalny samochodowy szum unoszący się znad ulicy Inflanckiej. Dopełnia go szmer świerszczy i innych owadów bytujących w wysuszonych słońcem wysokich trawach cmentarza. Odczuwam jakąś trudną do wytłumaczenia osobistą stratę, nie tylko nad brakiem Dawida, ale i całego młodego pokolenia straconego w Zagładzie. Rywka Lipszyc, Abram Cytryn, Abramek Koplowicz, Lolek Lubiński – żadne z nich nie doczekało swoich dwudziestych urodzin, a jednak wszyscy pozostawili po sobie wspomnienia z Litzmannstadt Ghetto tak intensywne i przenikliwe, że trudno zmierzyć stratę, którą po ich tragicznych śmierciach poniosła nie tylko żydowska społeczność, ale również polska kultura. Jednak to z Dawidem najbardziej chciałbym się zaprzyjaźnić. Imponowała mi dojrzałość tego nastolatka, jego inteligencja, błyskotliwość, ambicja, plany i towarzysząca mu do ostatnich chwil potrzeba samokształcenia. Świadomość sytuacji, w której się znajdował, i ostre sądy polityczne pozwoliły mu na kartach prowadzonego dziennika krytycznie, i z niuansami oddać wszystkie aspekty gettowego życia w jarzmie zinstytucjonalizowanego terroru. Jednak z każdym kolejnym wpisem siła przeżycia załamywała się w nim. Ostatecznie pokonała go choroba, niedożywienie, lecz przede wszystkim nienawiść rasowa, której padł ofiarą. Mimo to nie przestawałem kibicować mu w przeżyciu każdego kolejnego dnia. Podczas lektury jego dzienników po raz pierwszy odczułem niestosowność, gdy czytając o przenikliwym głodzie, pragnąłem urozmaicić sobie ową czynność przekąskami. W dniu 25 kwietnia 1942 roku Dawid zanotował „Znów zaczyna mi ginąć chleb, o co jak zawsze podejrzewam ojca, który znów wziął się do okradania nas na każdym kroku. Awantury coraz cięższe i solidniejsze. Zawroty głowy z wolna ustają, ale czytać nie mogę, bo natychmiast powracają”. Sceny te miały miejsce w mieszkaniu Sierakowiaków przy ulicy Spacerowej 5/7, gdzie zakwaterowali się całą rodziną (chłopak wraz z siostrą, ojcem i matką) po przeniesieniu do getta. Kamienicy już nie ma. Jest mural upamiętniający Dawida oraz głos sikorek odbijający się zaskakująco donośnym echem od sąsiednich kamienic i PRL-owskich bloków. Czy w świdrujących trelach ptactwa można usłyszeć przenikliwe myśli Dawida?

SPACER V

Uzbrojony w mikrofon i zestaw bałuckich stereotypów wybieram się na nocny czerwcowy spacer, by nagrywać odgłosy niedzielnych rytuałów tubylców. Z mentalnością dziewiętnastowiecznego białego kolonizatora planuję z dystansu podsłuchiwać barbarzyńskie praktyki autochtonów. Startuję przy ulicy Obrońców Westerplatte, dalej idę Obrońców Warszawy, Marynarską, Organizacji WiN do Franciszkańskiej, następnie Zawiszy Czarnego do Bałuckiego Rynku, w lewo w Zgierską, w prawo w Krótką. Jedynym barbarzyńcą jestem ja, bo to mój rower okazuje się najgłośniejszym zjawiskiem akustycznym na bezludnych tego wieczoru Bałutach. Zatrzymuję się na Krótkiej, wyjmuję rekorder z intencją zapisania na karcie pamięci tej niespodziewanej ciszy i od razu ponoszę fiasko. Ustawione na największą czułość mikrofony nie łapią nic prócz delikatnego szmeru. Wyświetlacze urządzenia drgają w najniższym rejestrze. Nie słychać prawie nic. Ulica Wojska Polskiego, będąca od dłuższego czasu w remoncie, nie generuje żadnych dźwięków. Nawet wiatr zupełnie ustał, a miejskie ptactwo, dawno już po godach i lęgach, pozostaje nieobecne, lub niezainteresowane nocną aktywnością. Czasem w oddali, gdzieś na Zachodniej przejedzie auto. Tubylców brak. Ucho powoli dostraja się do tego środowiska, wyczulone na drobne tekstury szmerów i odległych pomruków miasta. Tymczasem rekorder zapisuje dźwięk oscylujący w granicach własnego szumu.

Plac Piastowski, dawniej Bazarowy. Gettowe miejsce egzekucji. Fot. Ada Świerżewska

Plac Piastowski, dawniej Bazarowy. Gettowe miejsce egzekucji. Fot. Ada Świerżewska

Kwerenda historycznych źródeł z Litzmannstadt Ghetto ujawnia zaskakująco szerokie zróżnicowanie cisz, których doświadczają więźniowie. Cisza jako metafora izolacji od informacji oraz cisza pracy urzędniczej dająca wytchnienie od zgiełku getta (Sierakowiak). Przepełniająca trwogą cisza nasłuchiwania, głównie ukrywających się przed aresztowaniem czy wysiedleniem (Sierakowiak, Lipszyc, Poznański, Daum). Cisza nocna (Cytryn, Kronika Getta Łódzkiego tom I7). Cisza podczas egzekucji (Mostowicz, Milichtajch). Cisza spożywania posiłków (Singer). Cisza cmentarza żydowskiego, na któ rym mieszkańcy szukali wytchnienia od przytłaczającej codzienności (Cytryn, Zyskind11, Selver-Urbach). Cisza żałobna (Zyskind). Cisza w warsztatach i resortach, najczęściej związana z odejściem strajkujących ekip od pracy (Chęciński, Kronika Getta Łódzkiego tom IV). Cisza po zakazie opuszczania mieszkań (Rozensztajn). I wreszcie cisza jako różnica w fonosferze getta między momentem największego zagęszczenia więźniów (ponad 160 tys. osób pod koniec 1940 i na początku 1941 roku) a momentem po odjeździe ostatniego transportu do Auschwitz 29 sierpnia 1944 roku (Daum, Poznański) – pozostało wtedy około 1,5 tys. osób z komanda porządkowego i ukrywających się przed Niemcami. Sytuacja stałego zagrożenia terrorem i śmiercią zdecydowanie częściej implikowała wśród więźniów pejoratywne postrzeganie ciszy. Co ciekawe, odczucia ulgi i trwogi mogły w niektórych przypadkach odnosić się do tej samej przestrzeni ciszy. Zwłaszcza dotyczy to ukrywających się przed represjami, dla których wyzwala ona nadzieję na przeżycie, a jednocześnie generuje lęk przed denuncjacją.

W literaturze gettowej największą świadomość fonosfery (w tym ciszy) można odnaleźć w opowiadaniach i poezji Abrama Cytryna. I choć część z nich jest celowym zabiegiem estetycznym dramatyzującym narrację, nie można odmówić autorowi audialnej wrażliwości na krajobraz dźwiękowy Litzmannstadt Ghetto: „Ośnieżone drzewa trupio milczały / Getto stężało w skrzep / Czasem w puch uliczny biały / Wciskał się żółty trep / Poza tym cicho było i nic nie żyło / Tylko śmierć jedyna płynęła”.

SPACER VI

Idea nasłuchiwania gettowych duchów, która pojawiła się na starcie moich akustemologicznych poszukiwań, pełniła rolę tymczasowej, abstrakcyjnej i romantyzującej metafory wobec nieokreślonych jeszcze metodologicznych ram badań… dopóki nie sprawdziła się per se.

Park Staromiejski (Śledzia). Widok na staw i murki nawiązujące do pierzei kamienic, które znajdowały się w ich miejscu. Fot. Ada Świerżewska

Park Staromiejski (Śledzia). Widok na staw i murki nawiązujące do pierzei kamienic, które znajdowały się w ich miejscu. Fot. Ada Świerżewska

Gdy wracałem wieczorem przez Park Staromiejski, łagodny powiew wiatru przygnał do moich uszu widmo niedzisiejszej melodii. Uwiedziony unikalnością doznania podążyłem za dźwiękiem. Im bardziej zbliżałem się do źródła, tym mocniej oddalałem się od teraźniejszości. Z budynku Izby Architektów, pełniącego niegdyś rolę krańcówki tramwajowej, dobiegały frazy tak zmysłowe, że poczułem się jak bohater powieści realizmu magicznego. Rzewne skrzypce, rytmiczny bandoneon i spatynowany głos rodem z przedwojennego patefonu nie można tego pomylić z niczym innym. To tango! Oczarowany chwilą magii zatrzymałem się w pewnym oddaleniu od budynku, tak żeby ów repertuar swobodnie mieszał się z wygasającymi głosami miasta. Moim oczom ukazali się tancerze, wirujący na parkiecie w zamyśleniu… zakochaniu? (Czy można tańczyć tango, nie będąc zakochanym?). Wyciągnąłem rekorder i oczarowany skierowałem mikrofony w kierunku muzyki. Napawałem się dźwiękiem i obrazem. W całym tym odrealnieniu nie przyszło mi nawet do głowy, żeby dowiedzieć się, co to za wydarzenie, i zidentyfikować repertuar odtwarzanych melodii. Dopiero kilka tygodni później, kiedy wróciłem do nagrań z parku, udało mi się odszukać wykonawców tamtych utworów. I wtedy dopełniła się magia owego wieczora, a duchy ożyły. Co najmniej dwa utwory: No mientas Juana d’Arienzo oraz El acomodo Edgarda Donato, argentyńskich kompozytorów tanga, pochodziły z lat trzydziestych XX wieku. Koincydencja miejsca i czasu spełniała zatem prawdopodobieństwo, że oba utwory mogły kiedyś wybrzmieć na Bałutach w Litzmannstadt Ghetto. A jeśli dołożymy do tego trzecią koincydencję w postaci Davida Bajgelmana, jednego z dyrygentów gettowego Domu Kultury przy ul. Krawieckiej 3, wziętego przedwojennego kompozytora uwielbiającego tango i podróżującego po świecie z warszawskim teatrem Elizeum, wizja domykającej się muzycznej pętli wydaje się niezwykle kusząca.

Kroniki i mikrofony. Budynek przy Krawieckiej 3, w którym mieścił się Kulturhaus. Fot. Ada Świerżewska

Budynek przy Krawieckiej 3, w którym mieścił się Kulturhaus (Dom Kultury). Fot. Ada Świerżewska

Działalność Domu Kultury w getcie była jedną z niewielu możliwości eskapizmu, ale pełniła również rolę społeczną – wzmagała wśród Żydów poczucie tożsamości i woli przetrwania. Imprezy przy Krawieckiej były tłumnie oblegane, a największą popularnością wśród publiczności cieszyły się rozrywkowe rewie, podczas których Dawid Bajgelman w repertuar inspirowany tradycją żydowską wplatał także przebojowe tanga. Czy były wśród nich No mientas lub El acomodo?

Dzisiaj w budynku przy ul. Krawieckiej znajduje się samoobsługowy sklep wielobranżowy. Jedyne, co słychać w środku, to brzmienia późnego kapitalizmu: brzęczenie klimatyzacji, monotonny pomruk lad chłodniczych i pikanie skanera sczytującego ceny z etykiet produktów. wydarzenie, i zidentyfikować repertuar odtwarzanych melodii.


Bartosz Nowicki –  krytyk muzyczny, recenzent od 2012 roku dokumentujący współczesną scenę polskiej muzyki eksperymentalnej i alternatywnej. Badacz dźwiękowy, field recordysta, realizator dźwięku, DJ. Laureat stypendium artystycznego Miasta Łodzi w 2025 roku.

Zobacz również

Instagram

Skontaktuj się z nami!

    WybierzEdukacjaWizytaInny


    WybierzEdukacjaWizytaInny

    Newsletter

    Dowiedz się o nadchodzących wydarzeniach
    i wystawach. Subskrybuj naszego newslettera
    i bądź na bieżąco.